Tagi

, , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , ,

Manilę odwiedziłam kilka razy podczas mego wyjazdu. Za pierwszym  razem, tak jak wspomniałam w poprzednim poście, mieszkałam w Red Planet Manila Bay.

Manila to miasto kontrastów. Obok wysokich, szklanych budynków znajdują się bardzo nędzne dzielnice. W pobliżu mego hotelu również widziałam rozsypujące się budynki. Miasto było nazywane „Perłą Orientu”, ale naprawdę nie ma według mnie nic wspólnego z tą nazwą. Widać tutaj ogromne korki i brak koncepcji zagospodarowania miasta. Dodatkowo turysta czuje się jakby był w chaosie, brudzie, smogu i kurzu, w dodatku z ogromnym natężeniem dźwięków. Natomiast niektóre nieprzyjemne zapachy (zwłaszcza w pobliżu wody) sprawiają, że ma się ochotę opuścić to miejsce jak najszybciej. Jednak jak już się to wszystko zaakceptuje to przychodzi chęć na zajrzenie w głąb tego miasta i odszukanie ciekawych miejsc.

Rano wyszłam z hotelu i od razu zobaczyłam pojazdy popularne na Filipinach.
Te kolorowe pojazdy to jeepneye. To najtańszy i najbardziej popularny środek transportu publicznego, który pojawił się po II wojnie światowej kiedy to Filipińczycy zaczęli przerabiać pozostawione przez Amerykanów wojskowe ciężarówki. Poruszają się na z góry określonych trasach, ale zatrzymują na zawołanie i to bywa denerwujące zwłaszcza, gdy jesteś w środku, a one zatrzymują się co kilka metrów, aby zabrać nowego pasażera.

A to już trycykle czyli motocykle z dobudowaną naczepą.

Idąc dalej patrzyłam na mijane zabudowania.

W takich przydrożnych sklepikach można kupić różnego rodzaju bułki.

Wstąpiłam do sklepu 7-eleven po wodę (za 1l wody zapłaciłam 30 PHP). To bardzo popularna sieć sklepów na Filipinach.
Potem zobaczyłam promenadę

i ambasadę amerykańską.

Kierowałam się dalej w stronę Rizal Parku.

W pewnym momencie minęłam Museo Pambata. To muzeum dla dzieci, w którym przez zabawę i doświadczanie dowiadują się o świecie, środowisku naturalnym, historii miasta, budowie człowieka, poznają również podstawy ekonomii poprzez zabawę w sklep na prawdziwym dziecięcym bazarze.
Przed muzeum stoi pomnik filipińskiego aktora komediowego Rodolfo Vera Quizon. Na pomniku napis głosi, że był on królem komedii „King of Comedy”. 

Idąc dalej doszłam do Rizal Paku, który uważany jest za zielone płuca Manili. To w tym miejscu ludzie mogą uciec od stresującego hałasu i zanieczyszczenia miasta.

Zobaczyłam tutaj The Rizal Monument, pomnik poświęcony pamięci Jose Rizal – filipińskiego bohatera narodowego. Jego działalność publicystyczna pokazywała m.in. nieudolność hiszpańskiego systemu kolonialnego. W 1896 roku kiedy doszło do powstania przeciwko Hiszpanom, mimo że nie miał kontaktów ze spiskowcami, został aresztowany i osądzony za podburzanie do buntu. Uznano go winnym i skazano na śmierć. Rozstrzelano go w Manili.

Następnie zobaczyłam Chinese Garden (darmowe wejście, poproszono tylko o wpis do księgi) oraz

Japanese Garden (wejście darmowe, poproszono również o wpis do księgi).

Minęłam również ogród z orchideami (The Orchidarium) – niestety nie można go zwiedzić ponieważ jest w remoncie.

Przed wejściem, co ciekawe, wiszą sztuczne orchidee.

Przez park jeździ kolejka.

Jest tutaj również fontanna, przy której odbywają się wieczorami spektakle światło i dźwięk.

Potem zobaczyłam Statuę Strażnika Wolności inaczej nazywaną również Pomnikiem Lapu-Lapu. Pomnik mierzy 30 stóp i jest ustawiony na
10-metrowym cokole. To dar Koreańskiej Ligi Wolności dla uczczenia pamięci o kochających wolność Filipińczykach, którzy pomagali im podczas wojny koreańskiej na początku lat pięćdziesiątych. Lapu-Lapu jest najbardziej znany jako bohater bitwy pod Mactan (27 kwietnia 1521), który powstrzymał inwazję Ferdynanda Magellana w Cebu. Uważany jest on za pierwszego filipińskiego bohatera narodowego, który opierał się hiszpańskiemu podbojowi. Ten pomnik symbolizuje Filipińczyka, jako człowieka pokoju, który jest jednak gotów chronić swoje terytorium i ludzi w przypadku zagrożenia.

Wstąpiłam na chwilę do Muzeum Antropologicznego (National Museum of Anthropology).

Obok jest kilka miejsc, w których można kupić wodę, soki czy owoce.

Potem zobaczyłam mapę Filipin położoną pośrodku małego, sztucznego jeziora. To pierwsza atrakcja, którą odwiedzający zobaczą po wejściu do Rizal Parku od Taft Avenue (ja wchodziłam z drugiej strony).

Idąc dalej minęłam centrum handlowe SM City Manila. Tam wstąpiłam. Zobaczyłam tutaj to o czym czytałam już wcześniej, czyli panią która przyszła na zakupy wzięła mikrofon i zaśpiewała. Jest to bardzo popularne na Filipinach ponieważ Filipińczycy lubią śpiewać. Można tutaj kupić elektronikę (telefon, ładowarkę) – ceny są podobne jak w Polsce. W tym centrum kupiłam także bułeczki na moją nocną podróż autobusem.

Spróbowałam tutaj pizzy.

Na stoliku można zobaczyć podziękowania klientów za dobry posiłek.

Potem poszłam dalej i zobaczyłam Uniwersytet (Universidad de Manila),

Ratusz z zegarem i pomnik Katipunan. Ten pomnik postawiono na cześć Andrésa Bonifacio – filipińskiego przywódcy rewolucyjnego. Tę osobę często nazywa się „Ojcem rewolucji filipińskiej”. Był jednym z założycieli, a później przywódcą Katipunan (KKK) – ruchu, który dążył do niepodległości Filipin od hiszpańskich rządów kolonialnych.

Po drugiej stronie tego pomnika wypisano zasady, których powinien przestrzegać każdy Katipunan.

Idąc dalej natknęłam się na takie kramy z jedzeniem – są popularne na Filipinach.

A to już Jones Bridge

i wejście do chińskiej dzielnicy (Chinatown).

Po wyjściu z Chinatown zobaczyłam Bazylikę St Lorenzo Ruiz.

Potem poszłam w stronę terminalu autobusowego ponieważ miałam bilet na nocny autobus do Banaue i chciałam zobaczyć gdzie znajduje się ten terminal. Bilet zakupiony przez internet kosztował 490 pesos.

http://ohayamitrans.com/

Woda tak śmierdziała, że chciałam jak najszybciej przejść dalej.

Potem zobaczyłam kościół San Sebastian i

sklep 7-eleven,

w którym kupiłam kartę telefoniczną za 40 pesos.

Po jej załadowaniu okazało się, że ten terminal jest jeszcze spory kawałek od miejsca, gdzie się znajdowałam zatem postanowiłam zawrócić do hotelu. Wzięłam taksówkę i zapłaciłam 71,50 pesos (za samo trzaśnięcie drzwiami zapłaciłam 40 pesos).

Za dojazd z mego hotelu do terminalu autobusowego z którego odchodzi autobus do Banaue zapłaciłam 120 pesos. Korki wieczorem są bardzo duże. Jechałam 45 min taksówką. Autobus wyruszał o 21:00 i trzeba było być 30 min przed odjazdem. Byłam przed 20:00, aby się na pewno nie spóźnić. W kasie należy pokazać bilet elektroniczny – wtedy dostaje się bilet papierowy. Na tym terminalu można również doładować komórkę – koszt 20 pesos.

W autobusie miejsca są numerowane, jest też wifi (odbiera dobrze). Kontroler sprawdza bilety podczas jazdy. Co dwie godziny robiono
10-15 min przystanki.

W końcu koło 6:30 rano dojechałam do Banaue.

Reklamy