Zamek w Łapalicach czyli jak ciężko zrealizować marzenia w Polsce

Tagi

, , ,

Pokusiłam się o napisanie tego tekstu w związku z informacją o budowie zamku w Puszczy Noteckiej.

Przypomniałam sobie pewną historię, która także dotyczy budowy zamku. Jest ona jednak zupełnie inna i tak naprawdę przy dobrej chęci i woli urzędniczej zamek powstałby na Kaszubach koło Kartuz, a tak mamy tylko to co przedstawiają poniższe zdjęcia i wszystko niszczeje…

Opowieść zaczyna się zwyczajnie. Pan Piotr Kazimierczak postanowił spełnić swoje marzenie i wybudować zamek w Łapalicach.

Budowę zamku rozpoczęto w 1983 roku według autorskiego projektu Pana Kazimierczaka – gdańskiego rzeźbiarza i producenta mebli. Zamek miał mieć 52 komnaty jak 52 tygodnie w roku, 365 okien jak 365 dni w roku, dziedziniec, 12 wieżyczek symbolizujących 12 apostołów, bramę wjazdową, fontannę, zadaszony basen i wielką salę balową. Wszystko to na około 6000 m². Brzmi ciekawie, prawda?

Niestety na początku Pan Kazimierczak poprosił o zgodę na budowę na swojej działce domu mieszkalnego wraz z przystającą do niego pracownią. Powierzchnia tego budynku nie miała przekraczać 1000 m². Na taki budynek pozwolenie zostało wydane. Niestety problemy zaczęły się w momencie, gdy wzniesiony budynek rozbudowany został prawie sześciokrotnie i to co miało być domem zmieniło się w zamek.

Na taką inwestycje potrzeba było ogromnych środków finansowych. Pan Kazimierczak zbudował swój majątek w latach 70. XX wieku – zajmował się w Niemczech konserwacją wyposażenia kościołów i zaopatrywał budowle sakralne w drewniane meble. Aby sfinansować budowę zamku założył pod koniec lat 80. XX wieku firmę meblarską. W pewnym momencie, na skutek różnych zdarzeń, firma zaczęła mieć problemy, a bank nakazał zwrot zainwestowanych pieniędzy. W 1991 roku majątek firmy zajęli komornicy, a firma przestała istnieć. Jednak po wielu bataliach sądowych, 8 lat później uruchomiona została firma meblarska w Świętym Wojciechu. Niestety właściciel po raz kolejny miał pecha – tym razem wielka powódź jaka nawiedziła Gdańsk przyczyniła się do problemów z wypłacalnością, a w konsekwencji do utraty firmy. Nadzór budowlany nakazał rozbiórkę budowli. Po odwołaniach, w 2008 roku zgodzono się na postawienie pensjonatu pod warunkiem dostarczenia pełnej dokumentacji projektowej. Uzupełniono dokumenty i wydano decyzję pozwalającą stworzyć w tym miejscu pensjonat. I wszystko mogłoby zakończyć się pomyślnie, gdyby nie to że tym razem władze wojewódzkie sprzeciwiły się budowie argumentując to brakami formalnymi w projekcie. Niestety w 2013 roku wydano zakaz jakichkolwiek prac budowlanych i taki jest status tej budowy. Tym sposobem rozpoczęta w
1983 roku budowa do dzisiaj pozostaje niedokończoną…

Byłam w tym miejscu dawno temu, ale na szczęście budowla istnieje do dziś. Niestety niszczeje, a mogło być tutaj pięknie przy odrobinie dobrej woli…

Zamek to teren budowy, zatem tak naprawdę wchodzi się tutaj na własną odpowiedzialność – jest tabliczka przy zamkowej bramie. Jednak nie brakuje chętnych, aby zajrzeć do tego słynnego miejsca.

To brama wejściowa do zamku.

A to zdjęcia budowli.

W tym miejscu miał być basen.

Warto tutaj wstąpić i zobaczyć to miejsce – mnie ono zachwyciło.

Reklamy

Z Sabang do El Nido na wyspie Palawan na Filipinach

Tagi

, , , , , , ,

Moją kolejną trasę zaczęłam zatem wynajętym samochodem z Sabang do
El Nido
– miejscowości, którą chciałam zobaczyć. Niestety jak widać z mojej podróży na przemieszczanie się zarówno pomiędzy wyspami jak i w ramach tej samej wyspy na Filipinach trzeba przeznaczyć trochę czasu. Czasem też warto zapłacić więcej, aby przemieścić się szybciej.
Kierowcą był nauczyciel dla którego początkowo był to zawód, którym dorabiał do pensji. Jednak od tego roku postanowił zająć się już tylko wożeniem turystów ponieważ jest to bardziej opłacalne. W tym celu kupił również nowy samochód i właśnie nim podróżowałam.

Po drodze kierowca zaproponował postój w Elfredo’s Restaurant. To strasznie komercyjne miejsce, gdzie zatrzymują się wycieczki. Jedzenie jest drogie i niesmaczne – nie polecam tego miejsca.

Za ten poniższy zestaw (ryż, fasolka, papryka z jajkiem i coca cola) zapłaciłam 240 pesos. Papryka z jajkiem była bardzo gorzka.

Dojechałam do El Nido. To mały kurort turystyczny ukryty w zatoce wśród wysokich, krasowych skał. W okolicy jest bardzo dużo małych wysp, które wchodzą w skład archipelagu Bacuit.
Do El Nido można również dojechać autobusem lub vanem z Puerto Princesa.

Kierowca odszukał mój hotel. Mieszkałam w Queen Elena Hotel. Pokoje były małe i wifi działało tylko przy recepcji (czasem nie działało i turyści co chwila pytali czemu znowu internet nie działa).

Następnie poszłam poszukać wycieczki – przyjechałam do tego miejsca, aby popływać łodzią po okolicznych małych wysepkach.

Po drodze spróbowałam poniższej przekąski z warzywami – polecam, bardzo dobra.

Miejsc, gdzie sprzedają te wycieczki po okolicznych wyspach (island hopping) jest bardzo dużo.

Są 4 opcje wycieczek: A,B,C,D. Najbardziej popularne to A i C. Ja skupiłam się na opcji A. Standardowo ta wycieczka kosztuje 1200 pesos od osoby, ponegocjowałam i zapłaciłam za nią 1000 pesos z podatkiem (nigdzie nie udało mi się dostać jej taniej). Przy zakupie Pani poinformowała mnie, że przewodnik zabierze mnie z hotelu o 8:40 rano następnego dnia. Wycieczka miała potrwać do 17:00. Kupując wycieczkę koniecznie należy zapytać czy to jest cena z podatkiem czy bez, aby potem nie być zdziwionym. Wycieczka powinna również zawierać w cenie lunch i maskę do snurkowania.

Chodząc po tym mieście kupiłam również torbę nieprzemakalną na rzeczy, które będę miała na łodzi. Ta torba na 20 litrów kosztowała 350 pesos. Kupiłam również pokrowiec na komórkę – był za 150 pesos, ale znegocjowałam na
100 pesos.

Poszłam dalej.

Minęłam Kościół Iglesia Ni Cristo.

Można tu spotkać porozwieszane banery dotyczące przejazdów czy wynajmu samochodów.

Wstąpiłam na miejscowy rynek. Jeżeli chodzi o wodę to 1,5 litra kosztuje
50 pesos, a butelka litrowa 30 pesos.

Natknęłam się również na salon fryzjerski 🙂

Następnie poszłam zobaczyć morze.

W końcu udałam się na poszukiwanie czegoś do jedzenia. Tym razem wybrałam restaurację Illy. Wzięłam pizzę za 350 pesos. Puszka sprite czy coca coli kosztowała tutaj 40 pesos.

A potem poszłam jeszcze przejść się plażą (zejście na plażę jest bardzo blisko tej restauracji). Wzdłuż brzegu wybudowano restauracje, hotele i bary. Jak widać miejsca te są ładnie oświetlone nocą.

Blisko mego noclegu była też poczta. Niestety okazało się, że nikt nie potrafi powiedzieć o której będzie czynna. Jednego dnia była czynna od 13:00 do 15:00 ponieważ padało. Poprosiłam zatem osobę, która sprzedawała mi bilet o wrzucenie kartek ze znaczkami do skrzynki i spełniła moją prośbę ponieważ kartki doszły po miesiącu.

Podziemna Rzeka w Sabang na Filipinach

Tagi

, , , , , , , ,

Znalazłam się w Sabang po to, aby zobaczyć jedną z największych atrakcji Palawanu czyli Podziemną Rzekę (Puerto Princesa Subterranean River National Park). To jeden z siedmiu nowych cudów natury z 2011 roku. Samą rzekę wpisano już w 1999 roku na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO.

Jadąc do tego miejsca nasłuchałam się różnych rzeczy co do rezerwacji wycieczki. Chciałam zatem, aby hotel mi ją zarezerwował i obiecał, że to zrobi. Niestety okazało się, że nie dokonał rezerwacji. Na miejscu, po przyjeździe kilka osób mówiło mi, że powinnam iść na 9:00 na przystań skąd odpływają łodzie płynące do Podziemnej Rzeki i tam kupić wycieczkę. Wydawało mi się, że 9:00 to za późno i miałam rację.

Rano, już o 7:00 wyszłam z domku i poszłam w stronę przystani. Idąc robiłam zdjęcia.

Na przystani byłam około 7:20 i jak się okazało była to bardzo dobra pora.

Załatwiłam formalności – najpierw wypełniłam dokumenty i kupiłam wstęp za 735 pesos. Potem kupiłam bilet na łódź – cena zależy od ilości osób. Wystarczy 6 osób i wtedy bilet kosztuje 188 pesos (1130 pesos za łódź). Maksymalnie może być 8 osób na łodzi, ale cena niewiele się już wtedy różni. W przypadku 8 osób bilet kosztuje 183 pesos (1465 pesos za łódź).

Ponieważ musiałam poczekać na 3 osoby, aby było 6 osób na łodzi to poszłam jeszcze po sok z mango. Kupiłam sam sok – bez wody czy lodu; duża porcja za 100 pesos. Był pyszny. Z takiego soku z mango słyną Filipiny.

Na przystani zobaczyłam też tablicę pokazującą alokację budżetu.

Potem wróciłam na nabrzeże i okazało się, że już jest komplet (6 osób) i możemy płynąć. Byłam zatem na pierwszej łodzi która wypłynęła już o 7:45 – warto być na pierwszej łodzi. Najpierw kazano nałożyć kamizelki po czym płynęłam z 20 minut łodzią.

Dopłynęłam do parku i musiałam zejść do wody i przejść na brzeg. Najlepiej zatem mieć klapki lub buty, w których można chodzić po wodzie.

Tutaj przeszłam kawałek po lądzie do stanowiska, gdzie dawano audio guide i pokazywano jego obsługę oraz wydawano kaski ochronne.

Następnie poszłam jeszcze z 300 metrów lądem do rzeki, gdzie czekały kajaki.

Wsiadłam i zaczęliśmy płynąć.

Jest to jedna z nielicznych podziemnych jaskiń na świecie, do których można wpłynąć. Długość rzeki to około 8 km co czyni ją najdłuższą podziemną rzeką na świecie. Trasa wycieczkowa sięga 1,5 km w głąb.  Na trasie jest jedna z największych komnat. Przewodnik opowiadał i pokazywał stalagmity w jaskini. Było tutaj mnóstwo nietoperzy, które pod wpływem zapalanego światła cały czas latały. Jak już pisałam byłam na pierwszej łodzi płynącej tego dnia do jaskini i gdy przewodnik zgasił światło to w tych ciemnościach słyszało się tylko te nietoperze i to robiło niesamowite wrażenie.

A to film z wnętrza i latające nietoperze.

 

Potem wróciłam na brzeg. Tu oddałam kask i audio guide. Wracałam tą samą drogą.

Aby dostać się na łódź też trzeba było najpierw wejść do wody, a następnie po drabince wejść do łodzi. Potem popłynęłam z powrotem na przystań do Sabang.

Całość tej wycieczki trwała do 9:15, zatem zajęła ona 1,5 godziny.

Na przystani jest łazienka i można się opłukać po tej podróży. Łazienka kosztuje „co łaska”.

Potem poszłam po bagaż, gdyż chciałam pojechać do El Nido. Miał jechać autobus o 10:00, ale zamiast niego podjechał jeepney załadowany po dach
(jak widać na zdjęciu). Kolejny autobus do El Nido miał odjechać dopiero
o 13:00 (czas przejazdu nim do El Nido to 5,5 godziny).

Zaczęłam szukać prywatnego auta. Podawano różne ceny. W tym poniższym punkcie przy przystani ponegocjowałam cenę samochodu i stanęło na
4000 pesos. W tym czasie okazało się, że będę miała dodatkową pasażerkę na pewien odcinek trasy – miejscowa kobieta poprosiła o podwiezienie ponieważ nie chciała czekać na autobus. Zapłaciła za swoją trasę 100 pesos. Zawsze warto zapytać czy ktoś się nie zabierze dodatkowo, aby zaoszczędzić na podróży.

Z Iloilo do miejscowości Sabang na wyspie Palawan

Tagi

, , , , , , ,

Z hotelu w Iloilo (wyspa Panay) pojechałam taksówką na lotnisko ponieważ miałam lot do Puerto Princesa na wyspie Palawan. Z kierowcą umówiłam się, że płacę tyle ile wskaże licznik + 50 pesos za wjazd na lotnisko.

Na liczniku wybiło 298 pesos. Kierowca jechał specjalnie wolno, ale gdy zwróciłam mu uwagę, że inne auta nas mijają i niebawem minie nas też rower to przyspieszył. Taka wolna jazda to standard wśród taksówkarzy w tym kraju. Natomiast na lotnisku okazało się, że 50 pesos owszem kosztuje wjazd na lotnisko, ale na 24h. Przed wejściem do budynku była bardzo duża kolejka i nim weszłam do środka minęło 25 minut – trwa to tak długo ponieważ każdy po przekroczeniu drzwi wejściowych musi położyć bagaż do sprawdzenia i przejść przez bramki.

Następnie poszłam oddać bagaż – tu też była kolejka. Miałam lecieć linią Cebu Pacific.

Na lotnisku można kupić lub doładować kartę SIM Smart – jest wydzielone stoisko.

Następnie chciałam coś zjeść. Lotnisko jest małe i przed bramkami jest tylko jedna restauracja, która podaje głównie dania mięsne. Kawa i grzanki z serem i pomidorem kosztują 200 pesos. Z kolei porcja samego ryżu kosztuje 30 pesos.

Następnie przeszłam przez kontrolę bezpieczeństwa. W tej części są miejsca gdzie można zjeść, kupić koszulki czy inne pamiątki. Można również naładować darmowo telefon.

Niestety okazało się, że lot będzie opóźniony i wylecę nie o 12:55 a o 14:40. Był moment, że obawiałam się czy samolot nie zostanie odwołany. Na szczęście samolot poleciał i lot trwał 1,5 godziny.

W samolocie, w pewnym momencie ogłosili, że mogę kupić w promocyjnej cenie bilet na van z Puerto Princesa do Sabang za 300 pesos. Skorzystałam z tej oferty. Mieli też konkurs z nagrodami dotyczący miejsc na Filipinach.

Tak z lotu ptaka wygląda katedra Immaculate Conception Cathedral (biały budynek) w Puerto Princesa.

A to lotnisko w Puerto Princesa.

Wychodząc z lotniska w Puerto Princesa zobaczyłam zespół, który śpiewał i tańczył jednak tak długo trwał odbiór bagaży, że zobaczyłam tylko końcówkę tego występu.

Następnie odszukałam van i tutaj okazało się, że znowu będę miała ciekawą wycieczkę. Najpierw kierowca po wyjeździe z lotniska po pewnym czasie do niego zawrócił po kolejnych pasażerów. Potem pojechał po innych pasażerów pod domy w Puerto Princesa. Co ciekawe jeden z obcokrajowców z vana zapomniał telefonu z domu w którym mieszkał, więc kierowca zawrócił po jego telefon. No a potem pojechałam do miejsca, gdzie zjeżdżają się vany i wymieniają pasażerami jadącymi w różne kierunki. I tutaj musiałam się przesiąść do innego vana. Myślałam, że już nie wyjadę z Puerto Princesa. To całe jeżdżenie po pasażerów zabrało prawie dwie godziny.
W vanie były wywieszone informacje odnośnie przejazdów do różnych miejscowości czy maksymalnej prędkości.

Dojechałam do Sabang już po 20:00. Tutaj znowu skomplikowała mi się sprawa ponieważ kierowca powiedział, że podwiezie mnie pod hotel i podwiózł, ale potem okazało się, że to nie ten hotel. Zawiózł mnie do Bambua zamiast do Blue Bamboo Cottages. Na szczęście z tego hotelu zaproponowano mi podwiezienie do miejsca, w którym miałam zarezerwowany nocleg. Przejażdżka trycyklem kosztowała 150 pesos.

A to co zobaczyłam w Blue Bamboo Cottages przeszło moje najśmielsze oczekiwania. Właściciel pokazał dwa domki i każdy z nich wyglądał kiepsko. Nie było bieżącej wody i od 23:00 nie było również prądu. Dobrze, że miałam
1,5 litrową butelkę własnej wody. Właściciel uprzedził również, abym nie trzymała jedzenia w pokoju bo przyjdzie do niego robactwo. Na szczęście mógł mi je przechować. Nie odważyłam się nic zjeść w tym miejscu. Ryż z warzywami kosztował 140 pesos.
To wnętrze mego domku.

A tak wyglądało pomieszczenie z prysznicem, gdzie nie było wody.

Zdecydowanie lepiej wyglądało to miejsce z samego rana. Ładny był również widok na morze.

Z wyspy Negros do Iloilo na wyspie Panay na Filipinach

Tagi

, , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , ,

Po zwiedzeniu ruin pałacu wróciłam do Bacolod, odebrałam bagaż i za 70 pesos dojechałam do terminalu promowego. Chciałam płynąć do Iloilo na wyspie Panay. To było moje miasto przesiadkowe w drodze na wyspę Palawan.

Były 3 klasy biletów na prom:
Economy Class – 270 pesos
Tourist Class – 335 pesos
First Class – 385 pesos

Nie było dostępnej już Economy Class i kupiłam Tourist Class za 335 pesos. Za bagaż tym razem nic nie musiałam płacić i sama wniosłam go na prom. Po kupieniu biletu poszłam do poczekalni i tam musiałam wpisać swoje dane do księgi – to chyba na wszelki wypadek, gdyby prom zatonął. Podczas oczekiwania na prom widziałam Pana, który testował na pasażerach pewien krem do rąk, a potem pytał czy chce go ktoś kupić. Sama go również testowałam.

W Iloilo miałam problem z transportem do hotelu. Hotel był oddalony o 7 km od terminalu promowego. W końcu znalazłam trycykle, który za 140 pesos zwiózł mnie do hotelu.

Dojechałam do PearLi View Hotel, gdzie miałam zarezerwowany nocleg.

A potem poszłam na miasto. Obok hotelu był bazar.

Minęłam sklepy i

z oddali zobaczyłam Dzwonnicę Jaro, która kilka razy była uszkadzana podczas trzęsień ziemi dlatego jej wnętrza są niedostępne dla turystów. Wyróżnia się, ponieważ jako jedna z niewielu dzwonnic w kraju oddzielona jest od kościoła. Leży tuż przy placu Jaro i wychodzi na katedrę w Jaro. Dzwonnica spełniała też funkcję wieży strażniczej oraz wieży zegarowej.

Po przeciwnej stronie znajdowała się katedra – Jaro Cathedral.

Na balkonie katedry umiejscowiono patronkę zachodnich Visayas (Nuestra Señora de la Purificación y Candelaria). Posąg został uznany za patronkę zachodnich Visayas przez papieża Jana Pawła II, który osobiście koronował ją na kanon 21 lutego 1981 roku podczas swojej pierwszej wizyty apostolskiej na Filipinach.

Potem poszłam do parku Jaro. Tutaj znajduje się również siłownia.

Następnie wstąpiłam do sklepu z ciasteczkami – Original Biscocho Haus (Don Aguedo Del Rosario Building, 33 Lopez Jaena St, Jaro, Iloilo City). Można tutaj kupić Biscocho – rodzaj opiekanych krakersów z masłem i cukrem.

Kolejnym miejscem była kawiarnia C U Tomorrow (71-69 Commission Civil St, Jaro, Iloilo City) tutaj spróbowałam sweet mango frappe – był bardzo smaczny.

A potem pojechałam jeepneyem do najbardziej popularnego placu w Iloilo – Plaza Libertad. Bilet kosztował 7 pesos.

Tutaj zobaczyłam lokomotywę parową o numerze 888 (nie jest to jej pierwotna nazwa), którą zbudowała American Locomotive Company (ALCO). Używano ich kiedyś do transportu trzciny cukrowej.

Znajduje się tu również kościół San Jose – trwały przy nim akurat prace budowlane.

Kolejnym budynkiem, który można tu zobaczyć jest Ratusz Iloilo.

Potem poszłam dalej w poszukiwaniu kolacji. Ten mały sklepik to McDonald’s.

Weszłam do Chowking. Tam kupiłam ryż z warzywami i coca colą – zapłaciłam za to 112 peso. Jedzenie było okropne i tylko go spróbowałam.

A tak wyglądał ryż z tofu.

Poszłam dalej…

W końcu znalazłam jeepneya, który za 7 pesos zawiózł mnie z powrotem do parku Jaro. Gdy wracałam zobaczyłam centrum handlowe do którego postanowiłam jeszcze pójść. Po drodze minęłam AVON i Wawa Heritage Restaurant.

A to już centrum handlowe – Robinsons Place Iloilo.

W tym centrum handlowym w Greenwich Pizza & Pasta postanowiłam kupić małą pizzę za 99 pesos – była naprawdę mała. Ponieważ to centrum jest otwarte do 21:00, a za chwilę mieli go zamykać to zapakowano mi ją ładnie w karton. Porównanie z telefonem oddaje rozmiar tej pizzy:) No ale na szczęście była bardzo smaczna i zabiła smak tego ostatniego okropnego posiłku.

W Iloilo tak naprawdę nic nie ma i jeżeli nie jest to miasto, w którym musisz się zatrzymać podczas podróży to nie warto tu specjalnie przyjeżdżać.

The Ruins czyli ruiny przepięknej rezydencji na wyspie Negros na Filipinach

Tagi

, , , , , ,

Wyspa Negros jest czwartą pod względem wielkości wyspą Filipin.

Czemu koniecznie chciałam odwiedzić Negros?

Otóż znajdują się tutaj ruiny pałacu, który chciałam zobaczyć. Ruiny te zostały uznane za jedne z 12 najbardziej fascynujących ruin świata. Miejsce to jest odwiedzane przez turystów, jednak aby je zobaczyć trzeba często zboczyć z trasy – nie każdy ma w planach pobyt na wyspie Negros, gdyż inne wyspy są bardziej popularne i oferują więcej atrakcji.

Rano, po szybkim śniadaniu (jogurt za 32 pesos, puszka soku za 33 pesos)

udałam się trycyklem za 200 pesos (w obie strony + czekanie) do Talisay ponieważ tam znajduje się wspomniany pałac. Można też pojechać jeepneyem, ale nie chciałam czekać ponieważ po zwiedzeniu pałacu miałam zamiar popłynąć już na kolejną wyspę. Bilet wstępu kosztował 100 pesos.

https://theruins.com.ph/

A teraz trochę o historii powstania tej rezydencji.

Don Mariano Ledesman Lacson był właścicielem 440-hektarowej plantacji trzciny cukrowej w okolicy Talisay City na wyspie Negros. Największą pasją tego człowieka były podróże i podczas jednej z takich podróży poznał swoją przyszłą żonę – Marię Braga (Portugalka z Macau). Żyli szczęśliwie i posiadali dużą rodzinę. Niestety, gdy Maria była w 11-stej ciąży poślizgnęła się w łazience i zaczęła krwawić. Ponieważ w takim stanie nie mogła podróżować to Don Mariano wysłał swojego pracownika po lekarza do Silay City – najbliższego miasta. Niestety lekarz przybył dopiero po czterech dniach i stwierdził zgon pacjentki. Takie były w tamtych czasach warunki transportowe, że dojazd do Silay City zajmował dwa dni w jedną stronę. Don Mariano najpierw bardzo mocno rozpaczał po stracie żony, potem jednak chcąc uhonorować zmarłą zdecydował się wybudować wspaniały pałac.
Niestety podczas II wojny światowej siły partyzanckie pod dowództwem amerykańskim zniszczyły tę rezydencję, aby powstrzymać okupujące siły japońskie przed wykorzystaniem jej jako kwatery głównej. Dlatego dzisiaj można podziwiać tylko gołe mury. Jednak to co zostało naprawdę warto zobaczyć.

Po wejściu, najpierw poszłam w lewo do pałacu, omijając część parkową znajdującą się po prawej stronie. Potem do niej wróciłam.

Weszłam po schodach i tak wygląda wnętrze.

Jest tutaj miejsce, w którym można obejrzeć film o rezydencji.

W środku jest też sklepik, w którym można kupić pamiątki.

Obok ruin znajduje się pawilon restauracyjny i kapliczka.

Potem wróciłam do parku, który znajduje się przy wejściu po prawej stronie.

 

 

 

Na mnie rezydencja zrobiła bardzo duże wrażenie i cieszę się, że mogłam ją zobaczyć. Żałuję tylko, że nie dane mi było podziwiać tego miejsca w czasach jego świetności…

Z wyspy Bohol do Bacolod na wyspie Negros

Tagi

, , , , , , , , , , , ,

Rano wyruszyłam spod mego noclegu na Alona Beach do Tagbilaran (wyspa Bohol) na prom do Dumaguete na wyspie Negros. Ponieważ długo nie jechał jeepney to wzięłam trycykla za 200 pesos, aby zawiózł mnie na terminal portowy.

Następnie kupiłam bilet za 720 pesos + 100 pesos za bagaż. Tutaj również była dziwna sytuacja z bagażem jedni go nadawali, a inni mieli go przy sobie. Prom miał bardzo dobrze chodzącą klimatyzację i było bardzo zimno. Siedziałam w polarze i żałowałam, że nie wzięłam jeszcze czegoś do ubrania bo strasznie zmarzłam.

Dumaguete jest portem dla eksportu cukru oraz kopry (wysuszony miąższ orzechów palmy kokosowej). Wysiadłam na przystani Dumaguete i odebrałam bagaż – wystawiano je do odbioru tuż przy promie.

Następnie wzięłam trycykla za 60 pesos, który zawiózł mnie do terminalu autobusowego ponieważ chciałam dotrzeć do Bacolod na wyspie Negros. Mówiono mi wcześniej, że w Dumaguete są szybkie vany, które mogą zawieźć mnie do Bacolod, ale pytałam na miejscu i nikt o takich vanach nie słyszał. Musiałam zatem pojechać autobusem i spędzić w nim 6 godzin (czas standardowy to 6-7 godzin jazdy). Trzeba uważać ponieważ kierowca mówi, że są wolne miejsca, a często zdarza się, że ich nie ma. Są autobusy z klimatyzacją i bez zatem należy się o to również zapytać. Poczekałam zatem 45 min na kolejny autobus, ponieważ w tym co chciałam pojechać nie było już wolnych miejsc. Bilet kosztował 300 pesos.

Podczas tej podróży, gdy autobus zatrzymywał się na przystankach to do środka wchodzili sprzedawcy – oferowali żywność.

To jeden z przystanków. Tutaj pani oferowała napój z tego plastikowego pojemnika. Jednak nie zdecydowałam się na jego spróbowanie.

Podczas tej drogi był jeden dłuższy przystanek (30 min). Kupiłam wtedy ten poniższy ryż za 20 pesos. W środku były 4 sztuki, a ja po zjedzeniu 2 sztuk miałam już dość.

Przystanki autobusowe są różne, jedne lepsze, inne gorsze.

Przejeżdżałam przez miasto Himamaylan i tak wygląda Ratusz w tym mieście.

Bacolod jest sporym miastem – ma ponad 500 000 mieszkańców. Autobus zatrzymywał się w różnych miejscach tego miasta, ale ja wysiadłam na ostatnim przystanku. Tam już czekali kierowcy z trycykle i chcieli za podwiezienie do hotelu 300-400 pesos. Powariowali – z mapy wynikało, że to zaledwie 3 km. W końcu znalazłam kierowcę, który podwiózł mnie za 50 pesos do hotelu. Mieszkałam w VarcaTelle Apartelle. Pokoje w hotelu są bardziej niż skromne. Miałam dwuosobowy mały pokój z małym oknem wychodzącym na klatkę schodową. W pokoju była łazienka. Internet chodził kiepsko, w dodatku nie wiem czemu ale cały czas zmieniali sieć.

W tak małym pokoju to nawet nie chciało się siedzieć. Zatem zostawiłam bagaż i udałam się na miasto.

Bacolod znane jest jako Miasto Uśmiechów ze względu na popularny festiwal MassKara w trakcie którego tancerze noszą charakterystyczne maski. Bacolod jest też stolicą prowincji Negros Occidental.
Blisko mego noclegu znajdował się Ratusz (Bacolod City Government Center).

W tej miejscowości jest sporo różnego rodzaju restauracji, jednak większość z nich podaje potrawy mięsne.

Wybrałam restaurację East Bite i zjadłam tam bardzo smaczną zupę z owocami morza, makaronem i kolendrą. Zupa kosztowała 169 peso.

Bambusowe wiszące mosty na wyspie Bohol na Filipinach

Tagi

, , , , , , , , , , , , , ,

Po odwiedzeniu wyraków pojechałam pochodzić po bambusowych wiszących mostach (Sipatan Twin Hanging Bridge). Przejeżdżałam przez miejscowość Sikatunanajmniejszą gminę na wyspie Bohol. Nazwa miasta pochodzi od Datu Sikatuny, starożytnego wodza Bohol, chociaż nie ma dowodów, że mieszkał on w tej okolicy.

Następnie przejechałam przez Loboc. Miejscowość ta słynie z rejsów po malowniczej i krętej rzece Loboc. Rejs rzeką Loboc wraz z posiłkiem w postaci szwedzkiego stołu, filipińską muzyką na żywo i pokazem tańców lokalnych trwa około godziny.

W Loboc zobaczyłam także pochodzący z VII wieku kościół św. Piotra
(San Pedro Church), który stoi w centrum. Ucierpiał on jednak na skutek trzęsienia ziemi w 2013 roku i jest cały otoczony rusztowaniem – jeszcze nie został odbudowany.

Dojechałam do bambusowych wiszących mostów przecinających rzekę Sipatan w gminie Sevilla.

Bilet kosztował 35 pesos.

Most rozciąga się na około 40 metrach i oferuje wspaniały widok na szmaragdową rzekę Sipatan. Most jest uformowany z tkanych listew bambusa. Miejscami niektóre z nich wydają się zepsute, ale wciąż są wystarczająco wytrzymałe, by wziąć na siebie ciężar przechodzących osób.
Wejście na most jest z początku trochę zniechęcające, gdyż bambus ugina się pod stopami. Wiele osób na drżących nogach przechodzi te dwa mosty.
Najpierw trzeba przejść w jedną stronę wyznaczonym mostem.

Po drugiej stronie mostu znajduje się mały sklep i stragany z pamiątkami, napojami i przekąskami.

Widziałam osoby, które z chęcią już nie przechodziłyby z powrotem, ponieważ już to jedno przejście kosztowało ich sporo nerwów. Niestety trzeba wrócić drugim, równoległym mostem.

Tutaj też znajdują się małe sklepiki.

Wracając do Alona Beach przejeżdżałam obok Zoo Colate Thrills – tablica reklamowała krokodyle, które można tam zobaczyć.

https://www.zoomanity.com.ph/

Jadąc trycyklem co jakiś czas mijałam kolorowe jeepneye.

Ponieważ religią dominującą na Filipinach jest katolicyzm (ponad 80%) to jadąc co jakiś czas widziałam kościoły.

Byłam też na wieczornym spacerze. Chciałam przejść z White Beach do Alona Beach. Niestety to długa droga i w dodatku po koralowcach znajdujących się na plaży. W pewnym momencie, gdy zrobiło się już ciemno, a stopy dawały sygnał że wystarczy tego spaceru postanowiłam jednak podjechać trycyklem za 150 pesos do mojej miejscowości. Poniżej umieściłam kilka zdjęć z tego spaceru. Moim zdaniem nie warto tracić na to czasu.

Natomiast potem usiadłam w Thai and Seafood Restaurant na Panglao przy plaży. Zjadłam tutaj m.in. bardzo dobre kalmary.

Wieczorami warto znaleźć miejsce, gdzie grają jakieś zespoły. Ja odwiedziłam kilka takich miejsc podczas mego pobytu na wyspie Bohol.

A następnego dnia rano udałam się na kolejną wyspę.

Wyraki na wyspie Bohol na Filipinach

Tagi

, , , , , , , , , , ,

Planując podróż na Filipiny wiedziałam, że koniecznie muszę zobaczyć wyrakito druga najbardziej znana wizytówka wyspy Bohol.  Zatem po zobaczeniu Czekoladowych Wzgórz udałam się autobusem, do miejsca w którym można je obejrzeć.

Wysiadłam na tym przystanku.

Tuż obok przystanku jest komercyjne miejsce, w którym można zobaczyć wyraki – Tarsier Conservation Area. Jak widać jest tutaj bardzo dużo ludzi ponieważ to miejsce jest bardzo dobrze rozreklamowane i jest blisko Czekoladowych Wzgórz. Bilet kosztował 60 pesos.

Chodzi się wyznaczoną drogą wokół.

Jak widać skupisko osób to wiadomo, że jest tam wyrak. W takim miejscu jest też z reguły ustawiony pracownik, który pokazuje wyraka.

Wyrak (inne nazwy to: tarsjusz, Tarsiidae) mierzy od 11,8 do 14 cm i jest uważany za najmniejszego na świecie ssaka naczelnego. Jego rozmiar nie jest dłuższy niż ręka dorosłego mężczyzny i waży tylko od 110 do 153 gramów. Posiada ogon dłuższy niż jego ciało (25 cm) oraz duże brązowe oczy, bezwłose uszy i długie pazury. Ma bardzo silne tylne nogi, dzięki czemu może wykonywać skoki o długości 4-6 metrów. Prowadzi nocny tryb życia, dzień przesypia na drzewach. Wyrak jest głównie owadożerny, ale je też pająki, jaszczurki i małe ptaki.

Okres ciąży u wyraków wynosi około 180 dni
(6 miesięcy) i tylko jeden młody rodzi się każdorazowo. Od razu po urodzeniu jest już w zaawansowanym stadium rozwoju – jest dobrze owłosiony i ma otwarte oczy. Długość głowy i ciała przy urodzeniu wynosi 66-72 mm, ogon ma długość 114-117 mm, a jego waga to 23-27 gramów. Jest w stanie poruszać się po zaledwie dwóch dniach, a po około 19 dniach porusza się już podobnie jak dorosły. Matka nosi niemowlęta w ustach lub na brzuchu. Samiec nie uczestniczy w wychowywaniu potomstwa. Nie posiadają gniazd. Są karmione piersią przez około 60 dni. Żyją do 20 lat.

W ciągu dnia wyraki najczęściej śpią i widać je w taki sposób jak poniżej. Należy być cicho ponieważ mają bardzo wrażliwe uszy. Nie można ich również dotykać.

Jednak miałam trochę szczęścia, ponieważ jak widać na poniższych zdjęciach otwiera on swoje niesamowite oczy. Wyraki w niewoli są dość oswojone. Najczęściej spotyka się je skulone wraz ze splecionymi ogonami.

Potem poszłam dalej, ale już nie widziałam tak dobrze ustawionego do zdjęcia wyraka.
 

Tak zatem wygląda to komercyjne miejsce. Chciałam pojechać jeszcze w inne miejsce, aby obejrzeć te zwierzątka, ale tego dnia już było za późno, aby tam się dostać. Wybrałam się tam zatem dnia następnego. Pojechałam tym razem trycyklem z Alona Beach (tam mieszkałam) i dogadałam się z kierowcą, że za zobaczenie wyraków w Tarsier Sanctuary i wiszących mostów zapłacę
600 pesos (najpierw chcieli 1000 pesos). Tarsier Sanctuary znajduje się w miejscowości Sikatuna koło Corelli.

http://philippine-tarsier-sanctuary.business.site/

Przy drodze stoi tablica informacyjna, gdzie należy skręcić. Autobus może tutaj wysadzić osoby chętne do zobaczenia tego miejsca i wtedy trzeba iść pieszo drogą wśród drzew z 20 min.

Tutaj jest mniej samochodów.

Czasem jak widać poniżej jest mniej ludzi, a czasem dość sporo. Warto poczekać, aby ten tłum przeszedł.

W tej budce kupuje się bilety. Bilet kosztował 60 pesos.

Następnie wchodzi się do budynku, w którym można dowiedzieć się wielu ciekawych rzeczy o wyrakach. Jak widać ze zdjęcia, tym miejscem interesował się również książę Karol.

Po obejrzeniu informacji udałam się na oglądanie wyraków. Tutaj ma się wrażenie, że żyją w naturalnym środowisku. Również i w tym miejscu pracownicy pokazywali nam wyraki.

W tym miejscu również wyrak otworzył dla mnie oczy 🙂  Są naprawdę śliczne.

No i jeszcze ciekawostka.
Na rewersie banknotu 200 PHP umieszczono Czekoladowe Wzgórza i wyraka.

Przy wyjściu poczęstowano mnie herbatą. Można ją było także kupić w tym miejscu. Widziałam ją także na lotnisku i w sklepach.

Yamang Bukid Turmeric Tea to herbata „10 w 1” co oznacza, że zawiera w sumie 10 różnych mocnych ziół. Są to: Pandan, Sambong, Lagundi, Banaba, Imbir, Malunggay, Gynura Procumbens, Lemongrass, Mięta pieprzowa i Kurkuma.

Następnie pojechałam do kolejnego miejsca, aby pochodzić po wiszących mostach.

Czekoladowe Wzgórza na wyspie Bohol na Filipinach

Tagi

, , , , , , , , ,

Następnego dnia postanowiłam pojechać do Czekoladowych Wzgórz – jednego z najbardziej charakterystycznych punktów całych Filipin.

Najpierw wsiadłam do jeepneya, który odchodzi z głównej ulicy i pojechałam nim do Tagbilaran. Przejazd ponad 30 minut kosztował 25 pesos. W środku było bardzo dużo ludzi.

W tym jeepneyu spotkałam bardzo sympatyczną miejscową dziewczynę, która powiedziała jak najlepiej dojechać do Czekoladowych Wzgórz. Następnie odprowadziła mnie do właściwego autobusu, abym nie miała problemu z dojazdem. Bilet kosztował 55 pesos.

No i pojechałam w stronę Czekoladowych Wzgórz.

Autobus przejeżdża przez Loboc – tutaj można popływać barkami z napędem motorowym, które są przerobione na restauracje. Najlepiej popłynąć wieczorem, gdyż można wtedy zobaczyć świetliki gromadzące się tuż nad powierzchnią wody.

Autobus ma przystanek przy drodze i potem trzeba podejść z 800 metrów drogą w górę. Przy drodze znajduje się kilka sklepów, w których można kupić m.in. różne koszulki.

Bilet na Czekoladowe Wzgórza kosztuje 50 pesos.

Potem zaczęłam iść pieszo w górę.

Są tutaj organizowane również wycieczki różnymi pojazdami.

Szłam dalej – to podejście do góry nie jest męczące.

Już wchodząc widać w oddali te wzgórza.

Czekoladowe Wzgórza można obejrzeć tylko z punktu widokowego w miejscowości Carmen. To kompleks około 1770 wapiennych pagórków o wysokości 40-120 m w kształcie stożków. Wzgórza nie mają nic wspólnego ani z kakaowcem, ani z samą czekoladą. Nazwę zawdzięczają trawie, która w porze suchej (luty-maj) zmienia swój kolor na brązowy. Ciekawostką jest to, że wśród wzgórz nie występują charakterystyczne dla tego rejonu jaskinie.

Istnieje wiele legend na temat powstania tego miejsca. Według jednej z nich, żyły kiedyś 2 olbrzymy, które walczyły ze sobą obrzucając się skałami, kamieniami i piaskiem tak długo, aż się w końcu zmęczyły. Inna legenda głosi, że pewien olbrzym zakochał się w śmiertelniczce i kiedy ta zmarła tak płakał, że dzięki tym łzom uformowały się wzgórza.

Na tym punkcie widokowym znajduje się także dzwon, w który turyści dzwonią.

Poniżej pokazałam jedno z popularniejszych miejsc przy którym turyści robią zdjęcie.

Jest też kaplica.

Są tutaj również sklepy, w których można kupić koszulki, magnesy, kartki.

Obejrzałam również występ dzieci.

Potem zeszłam z powrotem na dół do głównej ulicy skąd pojechałam do kolejnego miejsca, które chciałam zobaczyć.