Muzeum Hymnu Narodowego w Będominie, czyli miejsce w którym dowiesz się wszystkiego o naszym hymnie

Tagi

, , , , , , , , ,

Kiedyś wszystkie szkoły z Gdańska jeździły do Muzeum Hymnu Narodowego w Będominie i słuchały powieści o tym jak powstał polski hymn. W tym miejscu uczyliśmy się także na pamięć Mazurka Dąbrowskiego.

Postanowiłam odwiedzić to muzeum po latach i zobaczyłam, że dużo się zmieniło.

Muzeum Hymnu Narodowego w Będominie jest oddalone o około 55 km od Gdańska.

Blisko głównego budynku jest darmowy parking, zatem nie ma problemu z pozostawieniem samochodu. Podczas mojego pobytu było kilka samochodów spoza województwa pomorskiego.

W pobliżu parkingu stoi ta rzeźba „Orzeł Polski”, którego twórcą jest Robert Florczak. Skrzydła ptaka składają się z 248 kos (rzeźba: wys. 5 m i szer. 4,6 m).

Obecnie można zwiedzić cały obiekt, ale trzeba nałożyć maseczkę. Przed wejściem należy zdezynfekować ręce.

Do zobaczenia są dwa miejsca: dworek szlachecki oraz budynek, w którym mieści się czasowa wystawa „Symbole Niepodległej”.

Obok dworku znaleźć można pomniki przyrody. To jeden z nich – lipa drobnolistna (obwód 390 cm).

Wewnątrz budynku jest kasa i można kupić bilety zarówno za gotówkę jak i płacąc kartą.

W środku jest kilka sal. Główna wystawa prezentująca dzieje naszego hymnu została podzielona na dwie ekspozycje: „Józef Wybicki i jego czasy” oraz „Losy Mazurka Dąbrowskiego”.

W pierwszej sali dowiedzieć się można wielu ciekawych rzeczy o Józefie Wybickim.

Na ścianie umieszczono kalendarz życia i działalności politycznej Józefa Wybickiego.

Józef Rufin Wybicki urodził się 29 września 1747 w Będominie koło Kościerzyny. Był synem Piotra i Konstancji z Lniskich herbu Ostoja Pruska. Twierdził, że jego ród wywodzi się od pochodzącego z Danii wojskowego Wybena, który w 1549 roku zaciągnął się na służbę u króla Zygmunta Augusta. Odtąd jego potomkowie zamieszkiwali na Pomorzu Gdańskim i przyjęli nazwisko Wybicki.

Jego rodzina należała do średnio zamożnej szlachty. Józef Wybicki miał siedem sióstr: Mariannę, Brygidę, Barbarę, Elżbietę, Rozalię, Justynę, Konstancję (cztery wstąpiły do klasztoru) oraz brata Joachima (został księdzem). Ojciec zmarł, gdy Józef miał 12 lat.

Gdy Józef miał 6 lat został oddany na wychowanie stryjowi Franciszkowi Wybickiemu, proboszczowi skarszewskiemu i archidiakonowi pomorskiemu. Przebywał u niego 2 lata, a następnie został wysłany na naukę do jezuickiego kolegium w Starych Szkotach (wtedy było to przedmieście Gdańska), gdzie ukończył klasę poetyki (1762), a następnie retoryki (1765). Brutalne metody wychowawcze prowadzone w kolegium doprowadziły do próby wzniecenia buntu wśród uczniów przez młodego Wybickiego. Stryj Franciszek zdecydował się zabrać bratanka ze szkoły i ulokował go na praktyce w kancelarii sądu grodzkiego w Skarszewach, gdzie miał uczyć się prawa. Tutaj także Wybicki bardzo krytycznie oceniał metody nauczania polegające głównie na bezmyślnym powtarzaniu formuł.

Ród Wybickich pieczętował się herbem Rogala, należącym do najstarszych herbów szlacheckich.

Pieśń Legionów Polskich we Włoszech

Rekonstrukcja munduru legionisty polskiego we Włoszech z 1797 roku

Umundurowanie żołnierza 1 Pułku Lekkokonnego Gwardii Cesarskiej (1 Pułk Szwoleżerów – Lansjerów)

Następnie przechodzi się przez kolejne sale.

W jednym z pomieszczeń ustawiono szafę gdańską, portret Teodory z Walewskich Jabłońskiej, łoże z baldachimem z około 1830 roku, urynał (nocnik do alkowy).

W tym pokoju ustawiono gablotę z odznaczeniami jakie otrzymał Józef Wybicki:

Krzyż Oficerski Legii Honorowej – został nim odznaczony 22 lipca 1807 roku
Order Orła Białego – został nim odznaczony w 1807 roku
Medal św. Heleny Napoleon I – został ustalony dekretem Napoleona III i był wręczany wszystkim żołnierzom Napoleona I walczącym u jego boku w kampaniach z lat 1792 – 1815

Zegar gabinetowy z pozytywką wygrywający Mazurka Dąbrowskiego

W lipcu 1797 roku Józef Wybicki przybył do stacjonujących w Reggio Emilia we Włoszech legionów Jana Henryka Dąbrowskiego. To właśnie wtedy dla tych legionistów napisał Pieśń Legionów Polskich we Włoszech.

Oto tekst tego utworu:

Jeszcze Polska nie umarła,
Kiedy my żyjemy.
Co nam obca moc wydarła,
Szablą odbijemy.

Marsz, marsz, Dąbrowski,
Do Polski z ziemi włoski.
Za twoim przewodem,
Złączem się z narodem.

Jak Czarniecki do Poznania,
Wracał się przez morze,
Dla ojczyzny ratowania
Po szwedzkim rozbiorze.

Przejdziem Wisłę, przejdziem Wartę,
Będziem Polakami.
Dał nam przykład Bonaparte,
Jak zwyciężać mamy.

Niemiec, Moskal nie osiędzie,
Gdy jąwszy pałasza,
Hasłem wszystkich zgoda będzie
I ojczyzna nasza.

Już tam ociec do swej Basi
Mówi zapłakany:
„Słuchaj jeno, pono nasi
Biją w tarabany”.

Na to wszystkich jedne głosy:
„Dosyć tej niewoli!
Mamy racławickie kosy,
Kościuszkę Bóg pozwoli”.

Jak można zauważyć obecnie tekst został trochę zmieniony, a niektóre zwrotki usunięto.

„Pierwsza zwrotka nawiązuje do ostatniego rozbioru Polski, kiedy to 3 stycznia 1795 roku, po klęsce insurekcji kościuszkowskiej, terytorium zostało podzielone pomiędzy Rosję, Prusy i Austrię. Tekst wyraża wiarę w odzyskanie niepodległości oraz myśl o trwaniu narodu pomimo utraty państwa, jest także deklaracją walki zbrojnej polskich żołnierzy.

26 listopada 1657 roku w Poznaniu Stefan Czarniecki wziął udział w najważniejszej naradzie koalicji antyszwedzkiej (Austria – Brandenburgia- Polska). W dniu 14 grudnia 1658 roku doszło do historycznego „wracania się przez morze”. Czarniecki, wypełniając zobowiązania sojusznicze, walczył w Królestwie Duńskim ze Szwedami – podjął się zdobycia Sonderborgu na wyspie Als, podczas gdy flota duńska wiceadmirała Bredowa miała za zadanie osłonę z morza i przewiezienie wojska. Czarniecki, czekając na przeprawę i nie mając możliwości osłaniania własnych oddziałów na przeciwległym brzegu, rozkazał grupie jazdy, by przepłynęła na zagrożony odcinek – jeźdźcy wsiedli do małych barek, natomiast konie płynęły obok.

W trzeciej zwrotce Józef Wybicki przedstawił wstępne, niezrealizowane założenia szlaku bojowego Legionów Polskich. Wyzwolenie Polski miało się odbyć z południowego wschodu na zachód. Po przepłynięciu Morza Adriatyckiego i wylądowaniu na Bałkanach Legiony Dąbrowskiego przekroczyłyby najpierw Wisłę, a dopiero potem Wartę. Wybicki wspomina także Napoleona, sojusznika, przywódcy republikańskiego – w momencie powstawania pieśni Napoleon nie był cesarzem, ale dowódcą odnoszącym sukcesy militarne, dlatego według Wybickiego powinniśmy go naśladować.

W czwartej zwrotce Józef Wybicki podaje prosty sposób na odzyskanie niepodległości – to zgoda narodowa – hasło: dobro ojczyzny ponad wszystko, wtedy zaborcy nie będą mogli pozostać na polskiej ziemi. Po pokonaniu Prus i po zawarciu pokoju w Tylży zwrotka ta została usunięta z pieśni jako nieaktualna.

W piątej zwrotce występuje dziewczyna o imieniu Basia oraz płaczący ojciec oczekujący na powrót polskiego wojska. Szybko zrodził się mit dotyczący Basi – wiele osób utożsamiało ją z postacią autentyczną – Barbarą Chłapowską, drugą żoną gen. Dąbrowskiego. Jednak Dąbrowski swoją przyszłą żonę poznał dopiero w 1806 roku, a Wybicki napisał pieśń w 1797 roku. Basia i jej ojciec są zatem postaciami symbolicznymi.

W ostatniej zwrotce autor podkreślił jednomyślność Polaków. Legioniści od pierwszej chwili uważali się za kontynuatorów insurekcji kościuszkowskiej. Tadeuszowi Kościuszce, który miał stanąć na czele legionów, przypadło miejsce znaczące jako wyzwolicielowi Polski. Jednak Kościuszko, zwolniony w 1796 roku z więzienia, nigdy nie objął dowództwa nad legionami i dlatego zwrotkę tę zaczęto pomijać. ”

Już w 1807 roku Pieśń Legionów zaczęła odgrywać rolę hymnu narodowego. Gdy utworzono Księstwo Warszawskie, którego głową został król saski Fryderyk August, w Kargowej na Śląsku powitano go Mazurkiem Dąbrowskiego.

W wolnej Polsce 15 października 1926 roku Ministerstwo Wyznań Religijnych i Oświecenia Publicznego wydało okólnik do Kuratoriów Okręgów Szkolnych w sprawie hymnu narodowego, w którym podało 4 zwrotki tekstu i zamieściło nuty.

Po zakończeniu II wojny światowej Mazurek Dąbrowskiego pozostał polskim hymnem państwowym. W 1976 roku pojawił się zapis dotyczący hymnu polskiego w Konstytucji PRL.

W gablotach umieszczono także gramofon przenośny z płytą z nagraniem „Jeszcze Polska nie zginęła” z 1902 roku oraz gramofon miniaturowy z płytą.

Następnie udałam się do budynku, w którym umieszczono czasową wystawę „Symbole Niepodległej”.

Na wystawie można zobaczyć Historię Godła Polskiego.

Orzeł z inicjałem Zygmunta I Starego

Orzeł z inicjałem Zygmunta Augusta

Orzeł z herbem rodowym Wazów

W gablotach umieszczono m.in. kałamarz z figurą orła, guziki oraz karty pocztowe.

Polecam odwiedzić to miejsce i zapoznać się z historią polskiego hymnu narodowego.

760 Jarmark Dominikański w Gdańsku

Tagi

, , , , , , , , , , , , , , , , ,

Jarmark Dominikański w Gdańsku rozpoczął się 25 lipca i potrwa do 16 sierpnia 2020.  Jest otwarty od 10:00 do 20:00.

Zawsze była to jedna z największych atrakcji letniego sezonu w Gdańsku, ale przy problemach związanych z COVID-19 jest mniej wystawców i mniej odwiedzających.

O historii Jarmarku Dominikańskiego napisałam w poniższym poście:

https://magictravelsaroundtheworld.wordpress.com/2018/07/31/jarmark-dominikanski-w-gdansku/

O ostatnim jarmarku napisałam tutaj:

https://magictravelsaroundtheworld.wordpress.com/2019/08/03/759-jarmark-sw-dominika-w-gdansku/

W tym roku wybrałam się na jarmark w dzień powszedni.

W różnych miejscach znaleźć można plansze z mapą.

Znalazłam także informację, że 22 sierpnia 2020 roku ma się odbyć premiera „Żabusi” Gabrieli Zapolskiej na Scenie Letniej w Pruszczu Gdańskim.

Nie było tłumu.

Na ulicy Węglarskiej ustawiono budki, w których można znaleźć m.in. minerały, ręcznie malowane bombki choinkowe czy biżuterię. Jak widać jedni chodzą w maseczkach, a inni nie.

Następnie udałam się na ulicę Szeroką i pospacerowałam wśród budek z jedzeniem regionalnym. Znaleźć można tutaj ciastka kominkowe z Węgier,

wyroby kuchni ukraińskiej (pierogi, barszcz ukraiński, pampuchy z farszem mięsnym lub ziemniaczanym),

Lángos (czy jak wolicie „langosze”) – przysmak węgierski.

Zobaczyłam budkę z wyrobami wileńskimi

i kupiłam chleb litewski z kminkiem pieczony na tataraku. Jak ktoś lubi kminek to polecam spróbować.

W pobliżu znajduje się stoisko Kocham Oliwki i postanowiłam ich spróbować ponieważ uwielbiam oliwki. Te hiszpańskie oliwki były pyszne i dlatego podaję link do ich sklepu internetowego – warto je kupić.

https://www.kochamoliwki.pl/


Kupiłam na jarmarku: Oliwki Królewskie w zalewie pikantnej, Oliwki Królewskie w zalewie babuni oraz Oliwki Królewskie nadziewane papryczką Piri Piri. Powiem Wam, że na kolację zostały zjedzone:)

Znalazłam stoisko z polskim winem ekologicznym. Sprzedawali także wina mołdawskie.

http://potegatradycji.pl/

Na ulicy Świętego Ducha

ustawiono kramy z ubraniami, torebkami, butami i ciekawą biżuterią.

Zobaczyłam tutaj panią z narzutami na łóżka. Miała także narzutę z Jarmarkiem Dominikańskim.

Wystawia się także Atelier Design z Wrocławia – ich pasją jest szkło i ceramika. Przyjechali z pięknymi rzeczami. Więcej pokazują na stronie

http://www.atelier-design.pl/

W zeszłym roku kupiłam u nich bardzo ładny wisiorek.

Kolejnym miejscem, przed którym się zatrzymałam były  „Przyprawy Świata” Gdynia. Kupuję u nich przyprawy już od kilku lat. Tym razem kupiłam czubrycę zieloną, czubrycę czerwoną pikantną, imbir mielony, kardamon mielony i przyprawę do pizzy.

https://www.przyprawyswiata.pl/

Wystawiają się również Fontanny ogrodowe. Zachęcam do odwiedzenia strony ponieważ wykonują także kamienne balustrady, gazony z piaskowca czy świeczniki.

http://www.fontanny-ogrodowe.pl/

Na ulicy Grobla II można zobaczyć bułgarskie gliniane garnki.

https://garybulgary.pl/

Stoi także karm z Motylami Świata.

Obok znajduje się stoisko z mapami i można było pobawić się układając mapę z puzzli.

https://avocadopt.com/


Warto jeszcze kupić ser austriacki prezentowany na tym stoisku

https://kaesehuette.at/

To już wszystko co mogę Wam polecić z tegorocznego Jarmarku Dominikańskiego. Mam nadzieję, że w przyszłym roku, kiedy minie już pandemia wszystko wróci do normy i zjedzie do Gdańska jeszcze więcej wystawców, którzy pokażą piękne rękodzieło.

Kino letnie na plaży w Gdańsku

Tagi

, , , , ,

W tym roku już od 31 lipca odbywać się będzie kino letnie na plaży na Stogach w Gdańsku. Organizatorami wydarzenia są Port Gdańsk i DCT Gdańsk, a patronem medialnym Radio Gdańsk.

W każdy piątek od 31 lipca do 28 sierpnia od godziny 21:30 będzie można zobaczyć za darmo poniższe filmy:

31.07 – Jestem najlepsza. Ja, Tonya – reż. Craig Gillespie
07.08 – Za jakie grzechy, dobry Boże?- reż. Philippe de Chauveron
14.08 – Wielki Błękit – reż. Luc Besson
21.08 – Bandyta – reż. Maciej Dejczer
28.08 – Nieobliczalni – reż. David Charhon

W dniu 31 lipca było tak zimno na plaży, że zrezygnowałam z oglądania filmu „Jestem najlepsza. Ja, Tonya”. Ten amerykański film biograficzny z 2017 roku obejrzałam już dawno. Opowiada on o życiu znanej łyżwiarki figurowej Tony Harding. Zapewne osoby lubiące łyżwiarstwo figurowe pamiętają jej jazdę i słynny incydent z inną łyżwiarką – Nancy Kerrigan.
Zobaczyłam jednak przygotowania do kina letniego na plaży.

Natomiast 7 sierpnia było ciepło i pogoda zachęcała do przyjścia na plażę. Pojawiło się sporo osób, aby obejrzeć bardzo dobrą komedię „Za jakie grzechy, dobry Boże?”. To największy francuski przebój 2014 roku, który obejrzało 12 milionów nad Sekwaną. Film opowiada o czterech pięknych córkach na wydaniu i jednym marzeniu ich poukładanych i konserwatywnych rodziców – żeby dobrze wyszły za mąż. Jeżeli nie widzieliście jeszcze tego filmu to polecam zobaczyć.
Tak wygląda to miejsce z rozstawionym ekranem oraz leżakami i krzesłami.

Następnie obejrzałam film „Bandyta” z 1997 roku. Ten polsko-brytyjsko-niemiecko-francuski dramat obyczajowy to ciekawy, ale ciężki film. Opowiada o młodym recydywiście, który dzięki nowatorskiemu brytyjskiemu programowi resocjalizacji został skierowany do pracy w rumuńskim szpitalu dla sierot.

Podczas omówionych wyżej seansów nie siedziałam w strefie dla widzów, wolałam ze znajomymi usiąść z daleka na kocu. Nie było z tym problemu, ponieważ wszyscy starali się usiąść w grupach w oddaleniu od innych.

W dniu 28 sierpnia wybrałam się także na plażę, aby zobaczyć film „Nieobliczalni” – francuską komedię sensacyjną z domieszką kryminału z 2012 roku. Ludzi było mniej, ponieważ pogoda była kiepska. Postanowiłam tym razem usiąść w strefie na krzesłach – można było przesunąć krzesła i usiąść w oddaleniu.

Przy wejściu do strefy rozdawano koce i gadżety. Za każdym razem przed seansem organizator imprezy zadawał pytania konkursowe i można było wygrać nagrody.
Ponieważ był to ostatni wyświetlany film na plaży to osoby, które siedziały na oznakowanych leżakach mogły je zabrać do domu.

Zawsze przyjeżdżałam na plażę wcześniej, aby zjeść jeszcze rybę. Ceny podobne jak w zeszłym roku. Taka ryba z surówką kosztuje około 20 zł.

Qasr al-Mshatta jako przykład Pustynnego Zamku w Jordanii

Tagi

, , , , , , ,

Tak jak pisałam w poprzednim poście z Zamku Kalat al-Rabat ruszyłam do kolejnego ciekawego miejsca. Miałam do przejechania samochodem około 100 km.

Qasr al-Mshatta to ruiny pałacu zimowego Umajjadów, które znajdują się około 30 km na południe od Ammanu w Jordanii. Jest on częścią szeregu zamków, pałaców i karawanserajów znanych w Jordanii jako Pustynne Zamki.

Był budowany na zlecenie kalifa al-Walida II około 744 roku n.e., ale nigdy go nie ukończono. W tym czasie Umajjadzi walczyli przeciwko Kalifatowi Abbasydów.

Ten zrujnowany, głównie z powodu trzęsienia ziemi w czasach starożytnych, pałac odkrył około 1840 roku angielski archeolog i podróżnik Sir Austen Henry Layard.

Wapienno-ceglany kompleks składał się z holu wejściowego, meczetu, sali audiencyjnej i pomieszczenia mieszkalnego.

Południowa fasada tej budowli znajduje się w Muzeum Pergamońskim w Berlinie, ponieważ w 1903 roku sułtan Abdul Hamid II podarował ją cesarzowi niemieckiemu Wilhelmowi II. Pokazałam ją w poniższym poście:

https://magictravelsaroundtheworld.wordpress.com/2016/06/22/muzeum-pergamonskie/

Zamek zbudowano na planie kwadratu i każda ściana miała 144 m długości. Kiedyś, wzdłuż ścian stały okrągłe wieże. Budynek cechuje symetria. Rzeźbienia i dekoracje mają charakter hellenistyczny.

Wejście do kompleksu znajdowało się na południowym zachodzie, skąd przechodziło się na kwadratowy dziedziniec przed budynkiem pałacowym. Ściany fasady po obu stronach portalu wejściowego, pomiędzy dwoma wieżami, były bogato zdobione. Wchodzący do pałacu musieli przejść przez dwie bramy wejściowe. Po prawej stronie znajdował się mały meczet, a po lewej były łaźnie.

Na północ od dziedzińca można zobaczyć jeszcze pozostałości królewskiej sali audiencyjnej – ustawiono tablice informacyjne z planami tego miejsca.

W pałacu zachowała się wschodnia część fasady. Tutaj nadal można zobaczyć kamienne rzeźby i dekoracje. Niegdyś lśniący biały kamień został przez wieki odbarwiony przez brązowy pył pustyni.

W ramach wspólnego projektu Królestwa Jordanii i Niemiec, który rozpoczął się w 2013 roku, budynek ten miał zostać odrestaurowany, a zawalone części odbudowane. A tak to dziś wygląda…

Można zobaczyć tutaj pozostałości kilku małych wież, które otaczały kompleks na zewnętrznej ścianie.

Podjęto również próbę pokazania, gdzie znajdowałyby się ściany i jaki otaczałyby obszar – ten położony na ziemi, biały nowoczesny kamień ma to przedstawiać.

Obszar jest niepilnowany, niezadbany i wszystko tutaj niszczeje…

Zaczęło się ściemniać i po obejrzeniu tego miejsca pojechałam na nocleg do Ammanu.

Zamek Kalat al-Rabat górujący nad miastem Ajloun w Jordanii

Tagi

, , , , , , , ,

Z Jerash pojechałam do Ajloun (Adżlun, Ajlun) oddalonego o 20 km w którym znajduje się dobrze zachowany zamek Kalat al-Rabat (Ajloun Castle, Qala’at ar-Rabad). Widać go już z daleka, ponieważ wznosi się na wzgórzu Jabal Awf (1250 m n.p.m.).

Najpierw przejechałam przez miasto, w którym czasem trzeba podjechać samochodem ostro pod górę. Natknęłam się także na korki, zatem należy jechać ostrożnie.

Samochód trzeba zaparkować przed bramą na małym parkingu. Stał tutaj także pan proponujący kawę.

Następnie przechodzi się przez budynek, w którym jest kontrola. Nie trzeba płacić za bilet mając Jordan Pass. Zwiedzanie zajmie około godziny.

Potem idzie się trochę pod górę i po lewej stronie mija toalety. Następnie należy wejść po schodach na plac pod wejściem głównym do zamku.

Stała tutaj także ta skrzynka pocztowa.

Budowę zamku rozpoczęto pod koniec XII wieku. Miał chronić przed atakami krzyżowców i został zbudowany w taki sposób, że nigdy nie zdołali go zdobyć.

Zamek zdobyli Mongołowie. Ciekawostką jest, że trzymali tutaj w klatkach gołębie służące do przekazywania informacji między miastami.

Zwiedzając zamek można zobaczyć, dobrze zachowane, pozostałości po pomieszczeniach, w których były kiedyś kuchnia, jadalnia, spiżarnia, wędzarnia, stajnie i sypialnie.

Zamek zamieszkiwała społeczność personelu wojskowego (generałowie i żołnierze). Znajdowały się tutaj pomieszczenia mieszkalne i sypialne dla żołnierzy oraz stajnie dla koni. Te kwatery stworzono głównie na niższych poziomach zamku. Jedna taka sekcja została wyposażona w szyb służący do wentylacji i komunikacji z górnymi poziomami. Natomiast jedna z kwater żołnierzy na niższym poziomie mogła być wykorzystywana jako więzienie lub miejsce do przechowywania zapasów żywności. Duża jadalnia z widokiem na miasto Ajlun znajdowała się na trzecim poziomie.
Górny poziom był prawdopodobnie pałacem zamkowym. W zamku znajdowała się także szkoła wojskowa.

Używano tutaj katapult, mieczy, zatrutych strzał czy metalowych tarcz.

W pobliżu zamku znaleziono skórki zwierząt splecione w kule ze śladami prochu strzelniczego. Prawdopodobnie były to bomby wyprodukowane przez Ajjubidów.

W zamku znajdowały się miejsca do przechowywania ziarna, które miały drewniane podłogi, aby zapobiec wilgoci. Był tutaj piekarnik do pieczenia chleba i prasa do oliwek z systemem filtrującym. Znaleziono kawałek skóry jelenia pokrywającej słoik z pisemnym ostrzeżeniem przed wystawianiem zawartości, prawdopodobnie oliwy z oliwek, na bezpośrednie działanie promieni słonecznych. To wskazuje, że starożytni mieszkańcy zamku wiedzieli coś o tym co wiemy dzisiaj, czyli jak trzymać oliwę z oliwek z dala od bezpośredniego słońca, aby uniknąć utraty składników odżywczych.

Na jednym piętrze umieszczono małe muzeum z rzeczami, które tutaj znaleziono.

W sali tej są również zdjęcia rodziny królewskiej (Husajn ibn Talal, Abd Allah II ibn Husajn i jego syn).

Na dachu znajdował się system zbierania deszczówki i woda była filtrowana przez specjalny system (kamienie, piasek, rośliny).

W górnej i najstarszej części zamku zachowały się pozostałości małego kościoła bizantyjskiego. Odkrycie tego małego kościoła potwierdza opinię, że ​​zamek został zbudowany na ruinach klasztoru.

Pozostały ślady nawy kościoła, prezbiterium i część mozaikowej posadzki. Prezbiterium częściej nazywane było sanktuarium, w którym kapłani pełnili funkcje religijne. Na posadzce świątyni znajduje się grecki napis poświęcony diakonowi Aryano.

W centralnej części podłogi nawy można zobaczyć dekoracyjną mozaikę z bochenków chleba i dwóch ryb. Przedstawia ona cud Jezusa, który rozmnożył chleb oraz ryby i nakarmił tłum.

Górny poziom zamku oferuje piękne widoki we wszystkich kierunkach. W pogodną noc można zobaczyć także światła Jerozolimy.

Niestety po zwiedzaniu ruin Jerash oraz tego zamku pozostało już niewiele czasu. Postanowiłam jednak udać się jeszcze do jednego zamku znajdującego się w pobliżu Ammanu (stolicy Jodanii).

Po drodze zatrzymałam się przy stoisku z owocami.

Pan przygotowywał tutaj sok ze świeżych owoców. Poprosiłam o sok z granatów – był pyszny. Jeżeli zobaczycie takie kramy z owocami przy drodze to koniecznie zatrzymajcie się na chwilę i kupcie sok – naprawdę warto.

W Jordanii będziecie widzieli co jakiś czas takie samochody z owocami. Niestety żaden mijany nie miał wyciskarki, ale jeżeli chcielibyście kupić owoce to także warto się na chwilę zatrzymać i je nabyć.

Jerash – ruiny rzymskiego miasta z okresu starożytności w Jordanii

Tagi

, , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , ,

Tak jak napisałam w poprzednim poście dopiero nocą dojechałam do miejscowości Jerash (Dżarasz, Jerasz, Dżerasz), w której znajdują się ruiny jednego z najlepiej zachowanych na świecie rzymskich miast z okresu starożytności. Na przykładzie tych ruin można najlepiej zrozumieć jak funkcjonowały takie miasta. Jerash jest oddalony o około 50 km na północ od Ammanu.

No, ale po kolei.

W Jerash zamieszkałam w apartamencie Moon Valley Site (może w nim spać 5 osób). Bardzo dobre miejsce na nocleg z dużą kuchnią i łazienką.

Co prawda widok z tarasu był kiepski,

ale za to śniadanie jakie rano podano (za dodatkową opłatą) było wyśmienite. Do tego, co zobaczyć można na stole, dołączono jeszcze duże pudełko z różnymi ciasteczkami. Ja wzięłam je na drogę i bardzo się przydały ponieważ podczas zwiedzania często zapominam o posiłku.

Po śniadaniu pojechałam samochodem do ruin. Parking jest duży i rano bez problemu można znaleźć miejsce. Następnie przechodzi się przez budynek, w którym są sklepy. Droga dalej prowadzi tylko w jednym kierunku.

Jerash (starożytna Geraza)
Na początku, na tym terenie była osada Garshu, którą zamieszkiwały ludy arabsko-semickie. Miasto zostało prawdopodobnie założone w IV wieku p.n.e. przez Aleksandra Wielkiego lub jego generała Perdikkasa. W 63 roku p.n.e. zajęły go wojska rzymskie Pompejusza, ale jego rozkwit przypadł na okres panowania cesarza Trajana (II wiek n.e.). Powstało wtedy wiele budowli, których ruiny można podziwiać do dzisiaj. W VI wieku za panowania bizantyjskiego Justyniana w mieście wzniesiono kilka kościołów. W 636 roku miasto zdobyli Arabowie, którzy zniszczyli wiele budowli. Jednak dopiero trzęsienie ziemi, które miało miejsce w 749 roku całkowicie zniszczyło miasto. Ruiny odkrył w 1806 roku niemiecki podróżnik Ulrich Seetzen, ale długo pozostawały niezbadane i niezabezpieczone.

Po przejściu mini bazaru widać w oddali Łuk Hadriana. Bramę tę zbudowano na cześć cesarza Hadriana, który odwiedził miasto w II wieku. Ten piękny łuk triumfalny stoi około 450 metrów przed murami miasta. Dlaczego tak daleko? Ponieważ planowano rozbudowę miasta aż do tego miejsca – niestety nigdy nie zostało to zrealizowane.

Na całym terenie dawnego miasta leży wiele bloków skalnych, które kiedyś stanowiły fragmenty budowli. Wiele z nich jest bogato zdobiona. Można do nich bez problemu podejść i dotknąć. Ja na poniższym zdjęciu pokazałam tylko jedno takie miejsce, które znajduje się obok wspomnianego łuku triumfalnego.

Obok Łuku Hadriana znajduje się bardzo dobry plan tego miasta, któremu warto zrobić zdjęcie – zwłaszcza jeżeli planuje się zobaczyć konkretne miejsca.

Po przejściu przez Łuk Hadriana, po lewej stronie znajduje się Hipodrom. Miał 244 metry długości i 50 metrów szerokości (niektóre źródła podają 265x50m), a jego widownia mogła pomieścić 15000 widzów (niektóre źródła podają 17000). Został zbudowany na potrzeby wyścigów rydwanów. Pod koniec IV wieku północna część hipodromu została przekształcona w amfiteatr do walk gladiatorów i innych sportów, natomiast południowa część była opuszczona i została przejęta przez garncarzy. Miejsce to było także wykorzystywane do gry w polo – po zajęciu miasta przez Sasanidów. W VIII wieku obszar ten stał się miejscem masowych grobów dla setek ofiar zarazy. Jednak dopiero wielkie trzęsienie ziemi w 749 roku doprowadziło do ostatecznej ruiny hipodromu.

Z tego miejsca w oddali widać kolejne ruiny.

Obecnie na terenie hipodromu organizowane są wyścigi rydwanów lub walki gladiatorów. Można zatem zobaczyć jak to dawniej wyglądało.

Naprzeciwko hipodromu znajdują się ruiny The Church of Marianos, który został zbudowany w 570 roku. Pozostała po tym miejscu ciekawa bizantyjska mozaika podłogowa.

Poszłam dalej…

Zobaczyłam lokalny jaśmin.

Następnie minęłam restaurację, toalety

i znalazłam się obok kasy, którą ustawiono przed Bramą Południową. Nie ma innej drogi i do tego miejsca wszyscy idą tak samo (wraca się także tą samą drogą).
Bilet wstępu kosztuje 10 JOD, ale dla osób posiadających Jordan Pass jest bezpłatny.

Tak wygląda Brama Południowa (The South Gate). Brama ta stała się później częścią muru miejskiego o długości 3,4 km, który został zbudowany na początku IV wieku naszej ery. Dziś jest to główna droga do starożytnego miasta, ale nie zawsze tak było. Sklepienie, które widać dalej za bramą, było kiedyś wejściem do Gerasy.

Idąc dalej można zobaczyć prasę do tłoczenia oleju (oil press).

Potem dochodzi się do Owalnego Forum (Oval Plaza) o wymiarach 90×80 metrów, które jest otoczone jońskimi kolumnami.

Z tego miejsca, w oddali, widać ruiny Świątyni Zeusa (Sanctuary of Zeus Olympios) i Teatru Południowego (South Theatre). To poniższe zdjęcie zrobiłam z zamkniętego obecnie dla zwiedzających tarasu – na dolnym zdjęciu pokazano jak będzie to wyglądało w przyszłości.

Poszłam dalej i zrobiłam kolejne zdjęcie na tym Owalnym Forum. W oddali widać ruiny Świątyni Zeusa i Teatru Południowego i tą drogą, po prawej stronie, można wejść do góry i obejrzeć te miejsca.

Spotkałam na tym placu przewodnika, który bardzo ciekawie opowiadał i postanowiłam dołączyć do jego grupy.

Z tego Owalnego Forum poszłam dalej prosto i weszłam na południową część Cardo – to główna oś miasta. Ta ponad 800-metrowa ulica z kolumnami rozciąga się od Owalnego Forum do Bramy Północnej (North Gate). Topografia tego obszaru spowodowała, że ulica ta nie biegnie dokładnie z południa na północ, ale nieznacznie przesuwa się na północny wschód.

Około 125 roku zbudowano system zaopatrzenia w wodę, natomiast pod koniec II wieku zwiększono przepływ głównego akweduktu w celu zaspokojenia rosnącego zapotrzebowania na wodę po wybudowaniu łaźni.
Przewodnik pokazywał, że pod ulicą był system kanalizacyjny, do którego odprowadzana była woda deszczowa poprzez otwory znajdujące się na drodze.

Następnie skręciłam w lewo i zobaczyłam agorę –  plac handlowy o wymiarach 50×50 m. Dawniej stał tu ośmioboczny, dwukondygnacyjny pawilon. Zbudowany został w II w.n.e. i używano go do początków VII wieku. W czasach rzymskich posiadał trzy wejścia. Znajdował się tutaj kantor, a kupcy mieli swoje stałe miejsca. Wciąż można zobaczyć podpory z głowami lwa do kamiennych stołów kupieckich. Przewodnik stukał mniejszym kamieniem w bloki skalne, aby pokazać jak dobra jest tutaj akustyka.

Jeżeli będziecie mieli okazję spotkać tego przewodnika to warto z nim obejrzeć ruiny tego miasta.

Z tego miejsca przewodnik poprowadził grupę w górę, drogą która kiedyś stanowiła główną oś ze wschodu na zachód tego miasta (The South Decumanus). Droga ta powstała około 175 roku n.e.

Tak z tego miejsca wygląda Owalne Forum.

Potem udałam się do ruin Teatru Południowego (South Theatre), o którym już wcześniej wspomniałam. Zbudowany został między 81 a 96 rokiem. Mieścił do 3000 widzów (niektóre źródła podają, że aż 5000). Teatr Południowy został gruntownie odrestaurowany i jest jednym z głównych miejsc współczesnego festiwalu – Jerash Festival of Culture & Arts.

Polecam wejść na samą górę teatru i zobaczyć wspaniały widok.

Można sprawdzić czy szept dojdzie z jednego końca na drugi. Ja sprawdziłam 🙂

Warto poczekać chwilę na krótki koncert dud, który pokazuje doskonałą akustykę tego miejsca. Po koncercie panowie zbierają datki i należy wrzucić chociaż monetę. Tu przewodnik pożegnał się z grupą.

Obok Teatru Południowego znajduje się Świątynia Zeusa z II wieku, która była większa od Świątyni Artemidy. Zachowało się tu jedynie kilka 15-metrowych kolumn.


Z tego miejsca tak wygląda Owalne Forum.

Następnie poszłam do widocznej z oddali Świątyni Artemidy (Temple of Artemis), która była patronką Gerasy.

Co jakiś czas można spotkać drogowskazy, jednak lepiej zrobić zdjęcie mapy tego terenu (jest przy Łuku Hadriana i przy Świątyni Artemidy).

Świątynia Artemidy stoi wewnątrz dużego dziedzińca o wymiarach 115 x 155 metrów i jest otoczona portykami ze wszystkich czterech stron. Jej budowa rozpoczęła się w II wieku n.e., ale nigdy nie została ukończona. Wzniesiono 12 kolumn z planowanych 32, a do naszych czasów przetrwało ich 11. Świątynia stoi na systemie podziemnych sklepień, których dokładny cel nie jest znany. Z tyłu znajduje się adyton lub wewnętrzna świątynia, do której dostęp mieli wyłącznie kapłani i osoby wybrane. Składa się z niszy dla bóstwa i dwóch bocznych komór. Jedna z komór ma schody prowadzące w dół do sklepień, a druga ma schody prowadzące na dach, co wskazuje, że na górze mógł znajdować się ołtarz.

Następnie zeszłam na dół (po tych schodach) do głównej drogi Cardo.

i znalazłam się przed Propylaeum of Artemis (propylon) zbudowanym około 150 roku n.e. To monumentalna brama wzniesiona na prostym planie o jednym przejściu, która prowadziła do Świątyni Artemidy. Pierwotnie otaczały ją sklepy. Jak widać, z dołu nie można zobaczyć Świątyni Artemidy dopiero trzeba przejść przez bramę i zacząć wchodzić po schodach, aby ją zobaczyć.

W oddali widać Północny Tetrapylon – to rodzaj starożytnego rzymskiego pomnika o kształcie sześciennym z bramą po każdej z czterech stron. Był budowany na skrzyżowaniu.

Za Północnym Tetrapylonem widać Bramę Północną.

Przed Północnym Tetrapylonem skręciłam w lewo i poszłam do Teatru Północnego, który został zbudowany w II wieku naszej ery. Pierwotnie był wykorzystywany do spotkań rządowych.

Warto wstąpić jeszcze do Katedry – najstarszego znanego bizantyjskiego kościoła w Gerasie. Został zbudowany około 450/455 roku n.e.

Przechodząc przez tę bramę i idąc dalej można zobaczyć apsydę Kościoła św. Teodora – wychodzi na dziedziniec z fontanną poniżej i jest otoczony schodami, które prowadzą do niego z dziedzińca (Fountain Court).

Pokazałam tutaj tylko kilka miejsc. Obszar jest duży i 2 godziny to minimum jakie potrzeba na zobaczenie tego terenu. Dla pasjonatów i 4 godziny może być za mało. Ja mogłam spędzić tutaj tylko 2,5 godziny, ponieważ tego dnia chciałam zobaczyć jeszcze inne miejsca.

Wadi bin Hammad Mineral Spa w Jordanii

Tagi

, , , , , ,

Przejeżdżałam przez ciekawe tereny w drodze do Wadi bin Hammad Mineral Spa. Z Rezerwatu biosfery Dana do tego miejsca jest około 120 km samochodem.

Minęłam punkt widokowy przy którym widniała informacja, że można tutaj obejrzeć zachód słońca.

Potem droga zaczęła opadać w dół.

W końcu musiałam zatrzymać samochód przed rzeką i dalej poszłam pieszo. Widoki były bardzo ładne i co chwila zatrzymywałam się, aby zrobić zdjęcie.

Musiałam kupić bilet za 5 JOD – taka stawka jest dla obcokrajowców.

Najpierw poszłam do budynków, w których mieszczą się baseny.

To jest budynek z basenem dla mężczyzn.

Było tutaj kilka osób.

Obok znajduje się budynek z basenem dla kobiet. Pan, który mnie tutaj przyprowadził powiedział, że zaraz może napuścić wody i za 20 minut mogę się już wykąpać. Patrzyłam na niego i nie dowierzałam temu co mówi. Dawno nie widziałam tak zapuszczonego basenu i nie miałam zamiaru korzystać z kąpieli w tym miejscu.

Pan zaproponował mi zatem spacer po ciepłej rzece do wodospadu, który jest oddalony o około 1 km od tego miejsca. Mając czas postanowiłam skorzystać z okazji i zobaczyć kolejne miejsce.

Tylko początkowo wydaje się, że to będzie łatwy spacer. Im dalej, tym trudniej ponieważ niekiedy trzeba przeskakiwać przez kamienie, brodzić w dość wysokiej wodzie, która może mieć miejscami silniejszy nurt itd. Polecam dobre buty z antypoślizgową podeszwą na ten spacer.

Idąc można zobaczyć małe wodospady.

Jest tu malowniczo i woda w dzień jest rzeczywiście ciepła.

Nagle droga kończy się takim wodospadem. To było moje kolejne rozczarowanie tym miejscem.

Idąc tą drogą rzadko można kogoś spotkać. Bardzo się zatem zdziwiłam widząc dwoje ludzi, którzy jak się okazało tak jak i ja przyjechali tutaj, aby zrelaksować się w basenach i z braku innych możliwości poszli do wodospadu. Byli nim tak samo rozczarowani jak ja.

Podczas naszego powrotu zaczynało już zmierzchać i woda robiła się coraz zimniejsza. Pomagaliśmy sobie wzajemnie, aby jak najszybciej wrócić do samochodów. Jeżeli planujecie zobaczenie tego miejsca to spacer zaplanujcie tak, aby wrócić do basenów jeszcze przed zachodem słońca.

Po powrocie udałam się samochodem do miasta Jerash oddalonego o około 200 km na północ od tego miejsca. Dotarłam tam już koło 21:00 i o tym miejscu opowiem w następnym poście.

Rezerwat biosfery Dana w Jordanii

Tagi

, , , , , , ,

Z Petry pojechałam do Rezerwatu biosfery Dana, który został utworzony w 1989 roku. W 1998 roku rezerwat został włączony do sieci rezerwatów biosfery UNESCO.

Mieszkałam w Dana Tower Hotel, który znajduje się przy wejściu do rezerwatu. To najlepsze miejsce jeżeli planuje się go zobaczyć.

Właściciel hotelu był miły i starał się, aby każdy czuł się tutaj dobrze. Jednak listopadowe noce są już bardzo zimne i czasem nawet dodatkowe koce nie wystarczają, aby się ogrzać. W hotelu znajduje się pomieszczenie, w którym stoi piec i widziałam, że niektóre osoby właśnie tutaj spały, zamiast w swoich pokojach.

Hotel ma bardzo dobre jedzenie – duży wybór zarówno na śniadanie jak i na obiad.

Z tego miejsca można zrobić kilka tras, które różnią się stopniem trudności i długością. Niektóre z nich są kilkudniowe i właściciel pomaga w ich organizacji.

Rezerwat jest największym obszarem chronionym w Jordanii i zajmuje 320 km². Ze względu na różnorodność stref klimatycznych (od śródziemnomorskiej do pustynnej) oraz form geologicznych rezerwat ten może poszczycić się największą różnorodnością gatunków roślin i zwierząt w Jordanii. W rezerwacie występuje ponad 830 gatunków roślin, 215 gatunków ptaków oraz 38 gatunków ssaków.

Rano wyruszyłam zobaczyć ten rezerwat.

Schodząc cały czas w dół myślałam o tym, że czeka mnie jeszcze powrotne wejście na górę.

W pewnym momencie minął mnie samochód, ale daleko nie zajechał. Kierowca musiał stanąć trochę dalej i potem cała rodzina poszła już pieszo.

Zobaczyć tu można także miejsca na ogniska.

Jak już wracałam zobaczyłam także ekipę na motorach, która zjeżdżała w dół. Niestety nie wiem jak daleko udało im się na nich dojechać.

Następnie udałam się w dalszą drogę, w stronę Wadi bin Hammad Mineral Spa. Po drodze mijałam pana, który zbierał oliwki i zaprosił mnie na degustację oliwy. Była bardzo smaczna.

Co jakiś czas zatrzymywałam się, aby zrobić zdjęcia.

Z tego miejsca, w oddali zobaczyłam tamę.

Nie ma tutaj problemu ze znalezieniem stacji benzynowej.

Przejeżdżałam także obok takich domów.

Tutaj zatrzymałam się na jedzenie – jadłam falafel. Obok był także mały rynek. Warto na takich rynkach kupować owoce – będą tańsze.

Pojechałam dalej samochodem i w pewnym momencie stanęłam, ponieważ musiałam przepuścić owieczki 🙂

 

Petra by Night

Tagi

, , , , , ,

Tak jak wspomniałam w poprzednim poście z Wadi Rum pojechałam do Petry (ruiny miasta Nabatejczyków, którego rozkwit miał miejsce w czasach antycznych).

Drogi są dobre i odpowiednio zabezpieczone.

W pobliżu Wadi Musa zatrzymałam się w punkcie widokowym, aby zrobić zdjęcia zachodu słońca. To popularne miejsce, ponieważ co chwila zatrzymywały się tutaj autokary z turystami.

W Petrze mieszkałam w Sarah Mountains Hotel. Jest to duży hotel, oddalony od głównego wejścia do Petry o około 1,5 km. Były tutaj bardzo dobre śniadania – szwedzki stół z dużym wyborem dań (wiem, że obiadokolacje są także w postaci szwedzkiego stołu). Obok hotelu znajduje się restauracja oraz inne punkty gastronomiczne.
Już w recepcji tego hotelu zobaczyłam ulotki informujące o Petra by Night – nocne wejście do Petry.

Hotel sprzedawał bilety na tę iluminację. Bilet kosztował 17 JOD i można było zapłacić za niego tylko gotówką. To osobny bilet i nie obejmuje go Jordan Pass. Hotel był bardzo pomocny w transporcie do miejsca docelowego. Pan z recepcji umówił mnie z dziewczynami z Niemiec, które jechały samochodem do tego miejsca. Potem razem także wracałyśmy do hotelu.

Petra by Night odbywa się trzy razy w tygodniu – w poniedziałek, środę i czwartek. Zaczyna się o 20:30 i kończy o 22:30.

Przed głównym wejściem do Petry jest parking – nie jest duży, ale udało się zaparkować samochód ponieważ dojechałyśmy odpowiednio wcześniej. Najbliżej wejścia do Petry mają osoby, które mieszkają w Petra Moon Hotel.

Minęłam The Petra Museum – nie zwiedzałam tego miejsca.

Przyjechałam do Petry tego dnia, kiedy był w niej milionowy turysta. Było bardzo dużo ludzi ponieważ odbywały się uroczystości z tej okazji. Przed wejściem ustawiono banery mówiące o tym wydarzeniu.

Tak wygląda wejście główne.

Następnie wchodzi się na ten plac. Są tutaj sklepy i restauracje – dużo droższe niż w mieście. Falafel kosztował 5 JOD – najwyższa cena jaką zaproponowano mi za niego w całej Jordanii. Proponuję zatem zabrać ze sobą jedzenie i wodę.

Jest tutaj budynek Visitor Center, w którym znajdują się kasy biletowe. Są osobne kolejki dla osób posiadających Jordan Pass.

Na placu jest dobre oznakowanie i wiadomo, gdzie należy się udać.

Zobaczyłam także poniższą informację. Na tym obszarze jest kilka różnych szlaków i gdybym chciała przejść wszystkie musiałabym być tutaj kilka dni. Odwiedzający muszą opuścić ten teren najpóźniej do 19:00 (latem) i do 17:00 (zimą).

Minęłam ten plac i poszłam do kontroli biletów.

Następnie szłam drogą wśród skał, ponieważ ruiny tego miasta położone są w skalnej dolinie. Drogę oświetlono lampionami i miało to swój urok.


Na końcu drogi ukazuje się Skarbiec – to docelowe miejsce (dalej już nie można iść nocą). Przed Skarbcem ustawiono lampiony. Ludzie siadają na matach (niektórzy musieli siedzieć na piasku) i jest rozdawana herbata. Mimo dużej ilości osób to usadzanie idzie bardzo sprawnie.

W pewnym momencie rozpoczyna się pokaz i Skarbiec zaczyna być podświetlany.

Po tym pokazie wróciłam do hotelu i poszłam jeszcze do pobliskiej restauracji. Przygotowano mi danie bez mięsa, którego nie było w menu i powiedziano mi abym za nie nie płaciła. Obsługa była bardzo miła i chciała zadowolić klienta.

Następnego dnia zaplanowałam zwiedzanie Petry już od 7:00 rano ponieważ chciałam zobaczyć jak najwięcej.

Wadi Rum – gdzie mieszkać i co zobaczyć na jordańskiej pustyni

Tagi

, , , , , , , , , , , , , , ,

W poprzednim poście już wspomniałam, że wieczorową porą udałam się w stronę Wadi Rum – jednego z najpopularniejszych regionów turystycznych Jordanii.

Wadi Rum jest częścią Pustyni Syryjskiej. Na wschodzie graniczy z Arabią Saudyjską i Pustynią Arabską, a na południu z Morzem Czerwonym. Jest to górzysta pustynia, a wiatr i woda ciągle formują piaskowiec w ciekawe formy, które następnie rozpadają się tworząc wydmy. Wadi Rum jest też największą doliną w całej Jordanii i bywa nazywana Doliną Księżycową ze względu na jej ciekawy krajobraz. Wadi Rum znajduje się na liście światowego dziedzictwa kulturalnego i przyrodniczego UNESCO.

Zobaczyć tu można skalne mosty, czerwone wydmy, drzewo prawdy czy wielbłądy. Ta pustynia była także plenerem wielu filmowych produkcji (Marsjanin, Lawrence z Arabii, Powiew pustyni, Czerwona Planeta, Ostatnie dni na Marsie, Prometeusz).

Pierwszą noc spędziłam w Wadi Rum Key, w takim namiocie jak na poniższych zdjęciach. Posiadał łazienkę, ale była tam tylko zimna woda. Na pewno w drugiej połowie listopada jest to mało popularne miejsce ponieważ zajęty był tylko mój namiot – reszta była pusta. Było także bardzo zimno. Zarządzający tym miejscem dali dodatkowe koce, ale i tak spałam w polarze i kurtce, a nadal było mi zimno. Niestety o tej porze roku jest już nocą 3-4 stopnie. Dlatego postanowiłam zmienić nocleg i drugą noc spędziłam już w innym miejscu.
Kupując pobyt na Wadi Rum koniecznie sprawdźcie ile kosztują wycieczki i czy cena uwzględnia lunch. Należy też sprawdzić czy w cenę noclegu wliczony jest bilet wstępu do rezerwatu, dojazd do obozowiska oraz posiłki.

W pobliżu, w murowanych budynkach znajdowały się kabiny prysznicowe z ciepłą wodą (wymagają na pewno wyczyszczenia, a niekiedy i remontu) oraz toalety. Z tą ciepłą wodą był problem – początkowo była, ale w momencie gdy równolegle używało się kolejnego prysznica to jej brakowało.

Jest tu miejsce na pokazy taneczne lub ognisko; działa także wifi.

Można tu zobaczyć te poniższe ulotki informacyjne z zaznaczonymi ciekawymi miejscami na pustyni.

A w tym miejscu miałam podany obiad i śniadanie. Na obiad podano bardzo dużo jedzenia i sporo go zostało.

Śniadanie było skromne, ale to praktycznie standard w Jordanii.

Jak widać kot już czekał na śniadaniowe resztki 🙂

Obok namiotu, w którym jadłam przygotowywano posiłki.

Tak jak wspomniałam już wcześniej zmarzłam strasznie na tym noclegu i dlatego postanowiłam zmienić miejsce na Beyond Wadi Rum Camp. To nowe miejsce było wspaniałe i oddalone o około 25 km od poprzedniego. Bardzo je Wam polecam. Należało zatrzymać samochód na wyznaczonym parkingu. Potem przyjeżdżał kierowca w jeepie i zabierał osoby w głąb pustyni. Było z tym trochę zabawy, ponieważ kilku kierowców zatrzymało się koło mnie pytając gdzie mam nocleg i mówili, że oni po mnie nie przyjechali, ale zaraz będzie ich brat.
Tak wyglądało to miejsce, gdzie mieszkałam. Dostałam beduiński namiot – był bez łazienki, ale za to na pewno cieplejszy niż ten poprzedni. Obok znajdował się murowany budynek z toaletami i prysznicami (była ciepła woda). Jednak już od 7 rano nie było światła.


Przyjechałam tutaj po 19:00. Zostawiłam bagaż w namiocie i poszłam do pomieszczenia, w którym podano gorącą herbatę, a potem także obiad i rano śniadanie.

Wieczorem najpierw podano zupę z soczewicy, a potem zaproszono turystów na zewnątrz i odkopano z ziemi posiłek – był to Zarb. Jest to ich tradycyjna potrawa składająca się z ziemniaków, mięsa (kurczak lub jagnięcina) i warzyw. Wszystkie składniki wkłada się do gorącego podziemnego pieca, następnie przykrywa i zasypuje piachem. Nasz posiłek wykopano po około trzech godzinach i wniesiono do pomieszczenia, gdzie był podawany uczestnikom kolacji. Dodatkowo na stołach ustawiono także różne sałatki, ryż i pitę. Na deser były słodkie ciasteczka. Każdy na pewno się najadł. Rezerwując nocleg na pustyni zapytajcie, czy zobaczycie odkopanie tego dania – warto zjeść taki posiłek.

Wieczorem były tańce oraz nocny spacer po pustyni w celu obejrzenia pięknie rozgwieżdżonego nieba.

Turyści nocują jedną lub dwie noce na Wadi Rum. Uważam, że jedna noc w zupełności wystarczy. Z reguły wybiera się kilkugodzinną lub całodzienną wycieczkę samochodem z napędem na cztery koła podczas której można zobaczyć główne atrakcje tej pustyni. W czasie wycieczki może być podany także posiłek.

Niektórzy przyjeżdżają tutaj na wspinaczkę skałkową, inni wchodzą na Dżabal Umm ad Dami mający 1840 m n.p.m. (położony 30 km na południe od wioski Wadi Rum). W pogodny dzień z tego szczytu można zobaczyć Morze Czerwone i granicę saudyjską.

Na pewno nie opłaca się przyjeżdżać tutaj z Izraela. To co proponują biura to z reguły 2-3 dniowy wyjazd podczas którego można zobaczyć Wadi Rum i Petrę. Z tego co wiem jest to dość drogie i lepiej te dwa kraje zrobić osobno.

Rano jedząc śniadanie (szwedzki stół) miałam taki widok na otaczający mnie teren.

Jeździłam takim jeepem po pustyni.

Najpierw pojechałam jeepem do miejsca, w którym kręcono film ” Marsjanin” Ridleya Scotta z Mattem Damonem w roli głównej.

Pustynia ta ma wspaniałe formacje skalne, na które można wchodzić. Natomiast ten czerwony piasek brudzi buty i skarpety.


Beduini pokazali mi inskrypcje na skałach.

Co jakiś czas spotykałam wielbłądy. Można także kupić wycieczkę i zwiedzać pustynię na wielbłądach.

Zaproszono mnie także do namiotu na herbatę. Można tu było kupić chusty, mydła, perfumy i inne rzeczy.

Ta skała nazywa się Mushroom Stone, ponieważ kształtem przypomina grzyb.

Zobaczyłam także skałę nazywaną Kurczak.

Tak Beduini zapisali imię Anna na piasku.

Um Fruth – jeden ze skalnych mostów, który stanowi popularną atrakcję turystyczną. Jak widać osoby wchodzą niekiedy na czworaka i schodzą nawet siadając na pupie. Polecam dobre buty.

Tutaj znajduje się szczyt Dżabal Umm ad Dami z którego można zobaczyć Morze Czerwone i granicę saudyjską. Przewodnik opowiadał, że była tu grupa niemiecka, która weszła na szczyt i z niego zeszła w ciągu 40 minut. Standardowo zajmuje to od 1,5 do 2 godzin.

Warto poprosić kierowcę o możliwość prowadzenia jeepa. Mój kierowca bez problemu pozwolił mi pojeździć po pustyni, w dodatku zaplanował niezłe piaszczyste podjazdy więc miałam z tego frajdę.

Pokazano mi także jak się robi z tej rośliny mydło. Bardzo dobrze się pieniło i ładnie pachniało.

Podczas mojej wycieczki zdarzyło mi się tylko raz, że mieliśmy problem z podjazdem i utknęliśmy w piachu. Musieliśmy spuścić trochę powietrza z kół nim ruszyliśmy dalej.

Lunch miałam koło drzewa prawdy, a obok chodził jeden z wielbłądów.

Na lunch był tuńczyk, chleb, pomidor, ogórek, banan i sok. Jeżeli wycieczka nie obejmuje posiłku to za lunch płaci się 5-10 JOD za osobę.

Potem pojechałam na zachód słońca.

Już się bardzo spieszyliśmy ponieważ odjechaliśmy dość daleko od dobrego miejsca z którego można podziwiać zachód słońca.

Potem przewodnik odwiózł mnie na parking, gdzie stał wynajęty samochód. Następnie udałam się w stronę Petry. Po drodze zatrzymałam się jeszcze w przydrożnym barze na kawę.