Jarmark Dominikański czyli jedna z atrakcji letniego sezonu w Gdańsku

Tagi

, , , , ,

W tym roku Jarmark Dominikański w Gdańsku rozpoczął się 28 lipca i potrwa do 19 sierpnia. To jedna z największych atrakcji letniego sezonu w Gdańsku i jest już na tyle znana, że co roku odwiedza go około 6 milionów gości.

W tym roku Jarmark obchodzi swoje 758-lecie. Tradycja Jarmarku św. Dominika sięga 1260 roku, kiedy to papież Aleksander IV zezwolił gdańskim dominikanom na udzielanie studniowych odpustów w dniu święta ich założyciela.
Natomiast jeden z najstarszych opisów Jarmarku pochodzi z XVI wieku kiedy to nuncjusz papieski Giulio Ruggieri napisał:
W miesiącu sierpniu odbywa się tu wielki Jarmark od św. Dominika czternaście dni i dłużej trwający, na który zbierają się Niemcy, Francuzi, Flamandy, Anglicy, Hiszpanie, Portugalczycy, i wtedy zawija do portu 400 okrętów naładowanych winem francuskim i hiszpańskim, jedwabiem, oliwą, cytrynami, konfiturami i innymi płodami hiszpańskimi, korzeniami portugalskimi, cyną i suknem angielskim.

Przybywali na Jarmark również cyrkowcy, akrobaci i kuglarze. Początkowo Jarmark odbywał się na Placu Dominikańskim. Z czasem, gdy zaczął się rozwijać, przeniósł się w okolice Wałów Jagiellońskich, ul. Długiej i nowych placów targowych: Drzewny, Sienny, Węglowy, Wąchany, Rybny – nazwy pochodziły od towarów, jakimi na nich handlowano.
Tę tradycję przerwała II wojna światowa i powrócono do niej dopiero
w 1972 roku. Wtedy była to impreza handlowa, która umożliwiała zakup deficytowych towarów. To właśnie wtedy symbolem Jarmarku stał się kogut.

Jarmark rozpoczęła ceremonia otwarcia, podczas której zaprezentowano napisany w oparciu o gdańskie muzykalia hejnał składający się z 758 nut. Każdego roku dopisywana jest jedna nuta.

W tym roku zobaczyłam bardzo dużo stoisk z rękodziełem, które jest promowane. Tak powinno to wyglądać co roku. W innych krajach, podczas jarmarków to właśnie rękodzieło jest podstawą, a nie zalewająca rynki chińszczyzna.

Rano jest mniej ludzi i łatwiej obejrzeć prezentowane wyroby oraz zrobić zdjęcia dlatego wybrałam się o tej porze.

Jest stoisko informacyjne oraz

Gospoda pod Kogutem.

Na Jarmarku można znaleźć ciekawą biżuterię, ubrania, obrazy, wazy, kubeczki, ozdobne dzwoneczki, pledy, poduszki i inne rzeczy. Poniżej pokazałam zaledwie kilka stoisk.

Wystawiają tutaj pięknie wykonane zasobniki, chusteczniki czy ładnie ozdobione koronką koszyczki.

Są też kamionki na ogórki.

Czy wiesz, że Palcówka to kiełbasa nierozerwalnie związana z Podlasiem?
Nazwa wzięła się stąd, że kiedyś była jedynie krojona i napychana palcami do cienkiego jelita. Palcówka ma wysoką zawartość czystego mięsa. Posiada charakterystyczne dla Podlasia przyprawy takie jak: gorczyca, majeranek, czosnek czy pieprz naturalny.

http://www.rarytasyzpodlasia.pl/

Znalazłam również stoiska z winami.

Oczywiście jak co roku są i stoiska z antykami.

Są też stoiska z pajdami ze smalcem i ogórkiem oraz

gorące ciastka kominkowe z Węgier.

A to już Karuzela Gdańska stojąca koło Baszty Łabędź.

Chodząc uliczkami Jarmarku można natknąć się na Halę Targową z 1896 roku. Wybudowano ją, aby zlikwidować handel uliczny. Po jej otwarciu zostały zamknięte wszystkie targi na Głównym Mieście i Starym Mieście (oprócz Targu Rybnego). Hala była czynna sześć dni w tygodniu. Podczas II wojny światowej praktycznie nie ucierpiała. Po wojnie była traktowana jako wytwór pruskiej architektury dlatego chciano ją wyburzyć w latach 60-tych XX wieku i wybudować w tym miejscu supersam. Na szczęście do tego nie doszło.
W 1999 roku, podczas badań archeologicznych odkryto pozostałości osady targowej, fundamentów romańskiego kościoła św. Mikołaja (1170 rok), cmentarza przykościelnego liczącego ponad 400 pochówków oraz pozostałości fundamentów Klasztoru Dominikanów. Znalezione materiały zostały zabezpieczone i przykryte posadzką. Częściowo są wyeksponowane w dolnej części hali.
Hala ma trzy trakty, które są wyznaczone słupami. Środkowy jest szerszy i wyższy, oświetlony w partii dachowej rzędami okien. Do wnętrza prowadzą
4 bramy umieszczone na przestrzał.

Obok hali na straganach można kupić świeże owoce i warzywa. Sama kupuję tu od lat na jednym ze stoisk moje ulubione jabłka – kosztele (prawdziwe, a nie oszukane).

Natomiast w tym zielonym budynku koło hali mieści się Piwnica Romańska, ale o niej napiszę już innym razem.

Reklamy

Przepiękne Ogrody Tematyczne Hortulus w Dobrzycy

Tagi

, , , , , , , , , , , , , , , ,

Dzisiaj odwiedziłam Ogrody Tematyczne Hortulus w Dobrzycy.

Najpierw pojechałam pociągiem z Gdańska do Kołobrzegu. Niestety pociąg był opóźniony co ostatnio ciągle mnie spotyka jeżeli chodzi o polskie pociągi. Wysiadłam na stacji Kołobrzeg i zaczęłam szukać busa jeżdżącego do ogrodów.

Okazało się, że przystanek jest naprzeciwko wyjścia z dworca. Jak widać z tabliczki nie kursuje często i może dlatego ludzie wybierają się do ogrodów głównie własnym samochodem.

A to wskazówki jak dojechać do tego miejsca.

Ponieważ miałam jeszcze trochę czasu do odjazdu busa to poszłam na śniadanie do Victor Bistro. Miejsce to znajduje się blisko dworca.

Tak kształtują się tutaj ceny. Wzięłam jajecznicę za 11 zł – była smaczna.

Następnie pojechałam busem. Bus zatrzymuje się koło wejścia do Ogrodów Tematycznych. Oznakowanie jest bardzo dobre.

Jest tutaj również Caffebar Barwinek, w którym można zjeść obiad, napić się kawy czy zjeść lody.

Poszłam do wejścia.

Następnie skierowałam się do budynku Ogród i Galeria, aby kupić bilet.

https://www.hortulus.com.pl/

Budynek ten ma ponad 1000 m² powierzchni handlowej. Można tu kupić artykuły wystroju wnętrz i ogrodów pochodzące z wielu stron świata, główną jednak tematyką są wyroby Sztuki Polskiej. Znaleźć tu można również akcesoria, materiały i narzędzia ogrodnicze. Ja kupiłam cebulki tulipanów.

Kupiłam bilet za 34 zł. Obejmował on dwie atrakcje: Ogrody Tematyczne Hortulus oraz Ogrody Hortulus Spectabilis.

Takie są opcje jeżeli chodzi o bilety.

Dostałam także mapę tego terenu. Ponieważ teren jest spory to polecam ją zabrać.

Jest tutaj również Centrum Ogrodnicze, które oferuje w stałej sprzedaży klika tysięcy gatunków i odmian roślin ogrodowych, których producentem jest Szkółka Hortulus. Posiadają również w sprzedaży rzadkie gatunki roślin pochodzące z innych szkółek europejskich.

Pojawiają się tutaj też kierunkowskazy.

Poszłam dalej do wejścia.

Pierwsze ogrody powstały w 1992 roku. Obecnie jest 28 ogrodów tematycznych, w których zaprezentowano ponad 6 tysięcy gatunków i odmian roślin, w tym gatunki egzotyczne i unikalne. Ogrody zajmują obszar ponad 4 hektarów i można je oglądać od wczesnej wiosny do zimy. Poniżej pokazałam kilka przykładowych ogrodów. Można tutaj usiąść na porozstawianych ławeczkach i altanach i zrelaksować się na łonie natury.

Zaczęłam zwiedzanie od Ogrodu Japońskiego.

Potem zobaczyłam Świerkowy Las, w którym można poleżeć na hamakach.

Odwiedziłam Hotel dla owadów.

Następnie weszłam na platformę widokową – tu jak widać wchodzi się na własną odpowiedzialność.

Z platformy widokowej widać Ogród francuski – rośliny ujarzmione i podporządkowane racjonalnym zasadom geometrii. Barokowy charakter podkreślają fontanny i rzeźby ogrodowe. Styl ogrodu francuskiego został zapoczątkowany we Francji w XVII wieku i odpowiadał barokowemu dążeniu do przepychu i bogactwa.

Sąsiaduje z nim Rosarium.

Następnie przeszłam koło Ogrodu Leśnego.

W Ogrodzie Wodnym warto przyjrzeć się żabom.

A to już Ogród biały, który kojarzy się z elegancją i niewyszukaną prostotą.

Ogród purpury i ognia – tutaj dominują barwy i odcienie czerwieni. Od purpurowo-szkarłatnej barwy kwiatów, poprzez przytłumione czerwone kolory gliny i terakoty, amfor, donic i ścieżek, aż do czerwono-brązowych źdźbeł traw i liści rozchodnika.

To Ogród niebiesko-żółty romantyczny.

Ogród pomarańczowo-żółty w stylu wiejskim. Zobaczyć tutaj można naturalne drewno, wiklinę, glinę czy polne kamienie to wszytko nadaje mu charakteru wspomnień z zapamiętanych wiejskich wakacji.

To jest Ogród lila-róż nowoczesny.

W końcu doszłam do Ogrodu Gaudiego inspirowanego dziełami Antoniego Gaudiego. W jego architekturze znajdowało zastosowanie szkło, metal i mozaika. Są tutaj rośliny klimatu śródziemnomorskiego, które w Polsce nie zimują w ogrodzie i dlatego zieleń odtwarzana jest corocznie w okresie wegetacji od nowa.

Poniżej jeszcze kilka ciekawych rozwiązań architektonicznych i kompozycji.

A na końcu wszystkich żegna Baba Jaga i Chatka z piernika.

Ponieważ zdjęcia nie oddają piękna tego miejsca to mam nadzieję, że będą one tylko zachętą do odwiedzenia Ogrodów.

Stogi – moja ulubiona plaża w Gdańsku

Tagi

, , , , , ,

Moja ulubiona plaża w Gdańsku znajduje się w dzielnicy Stogi. Położona jest na Wyspie Portowej i posiada letnie kąpielisko morskie. Z centrum Gdańska łatwo tutaj dojechać tramwajem numer 3 i 8. Blisko plaży znajduje się pętla tramwajowa i od niej można spokojnie dojść pieszo na plażę. Lepiej dojechać tutaj komunikacją miejską niż szukać miejsca na zaparkowanie samochodu.

Nim wejdzie się na plażę najpierw przechodzi się koło smażalni ryb Plaża Stogi i to właśnie rybę powinno się tutaj zamawiać, a nie inne dania.

Obok są budki z goframi i lodami. Jest też system zamgławiający przynoszący ochłodę dorosłym i frajdę dzieciom.

Następnie idzie się już tą drogą do plaży.

Blisko wejścia na plażę jest tor skimboardowy.

Plaża szeroka, piaszczysta, czysta i w dodatku na pewno każdy znajdzie tutaj spory kawałek miejsca dla siebie.

Ja zawsze idę od wejścia na prawo, z jakieś 300 metrów, aby mieć więcej wolnej przestrzeni.

Piasek jest wspaniały i dobrze robi stopom taki spacer.

A to jeszcze widok z plaży na Port Północny.

Kąty Rybackie – wspaniałe miejsce, gdzie można popływać i zjeść dobrą rybę

Tagi

, , , , ,

Kąty Rybackie to wieś, która znajduje się na terenie Mierzei Wiślanej na zachodnim brzegu Zalewu Wiślanego. Miejsce to oddalone jest od Gdańska o około 60 km. Natomiast 15 km jest z Kątów Rybackich do Krynicy Morskiej.
Jeżeli chciałabym gdzieś popływać i zjeść dobrą rybę, a mam trochę więcej czasu to właśnie jadę samochodem do Kątów Rybackich. Jest tutaj szeroka, piękna piaszczysta plaża, nie ma sinic ani zbyt dużej liczby turystów. Jednak jak widać parawany i tutaj już się pojawiły. W tym roku, właśnie w tym miejscu spędzałam swoje imieniny.

W Smażalni Rybackiej można zjeść bardzo dobrą rybę, pierogi, naleśniki i inne dania. Polecam również zupę rybną – jest pyszna. Byłam w tym miejscu już wiele razy i nigdy się nie zawiodłam. Niestety miejsce to czynne jest tylko w sezonie i jak bywam w Kątach Rybackich we wrześniu to dość długo szukam miejsca, w którym mogę zjeść dobrą rybę.

https://www.facebook.com/smazalniarybacka/

Czasem bywam również w Stegnie. Miejscowość ta oddalona jest o około 9 km od Katów Rybackich. Tak wygląda tam plaża.

Zamek w Łapalicach czyli jak ciężko zrealizować marzenia w Polsce

Tagi

, , ,

Pokusiłam się o napisanie tego tekstu w związku z informacją o budowie zamku w Puszczy Noteckiej.

Przypomniałam sobie pewną historię, która także dotyczy budowy zamku. Jest ona jednak zupełnie inna i tak naprawdę przy dobrej chęci i woli urzędniczej zamek powstałby na Kaszubach koło Kartuz, a tak mamy tylko to co przedstawiają poniższe zdjęcia i wszystko niszczeje…

Opowieść zaczyna się zwyczajnie. Pan Piotr Kazimierczak postanowił spełnić swoje marzenie i wybudować zamek w Łapalicach.

Budowę zamku rozpoczęto w 1983 roku według autorskiego projektu Pana Kazimierczaka – gdańskiego rzeźbiarza i producenta mebli. Zamek miał mieć 52 komnaty jak 52 tygodnie w roku, 365 okien jak 365 dni w roku, dziedziniec, 12 wieżyczek symbolizujących 12 apostołów, bramę wjazdową, fontannę, zadaszony basen i wielką salę balową. Wszystko to na około 6000 m². Brzmi ciekawie, prawda?

Niestety na początku Pan Kazimierczak poprosił o zgodę na budowę na swojej działce domu mieszkalnego wraz z przystającą do niego pracownią. Powierzchnia tego budynku nie miała przekraczać 1000 m². Na taki budynek pozwolenie zostało wydane. Niestety problemy zaczęły się w momencie, gdy wzniesiony budynek rozbudowany został prawie sześciokrotnie i to co miało być domem zmieniło się w zamek.

Na taką inwestycje potrzeba było ogromnych środków finansowych. Pan Kazimierczak zbudował swój majątek w latach 70. XX wieku – zajmował się w Niemczech konserwacją wyposażenia kościołów i zaopatrywał budowle sakralne w drewniane meble. Aby sfinansować budowę zamku założył pod koniec lat 80. XX wieku firmę meblarską. W pewnym momencie, na skutek różnych zdarzeń, firma zaczęła mieć problemy, a bank nakazał zwrot zainwestowanych pieniędzy. W 1991 roku majątek firmy zajęli komornicy, a firma przestała istnieć. Jednak po wielu bataliach sądowych, 8 lat później uruchomiona została firma meblarska w Świętym Wojciechu. Niestety właściciel po raz kolejny miał pecha – tym razem wielka powódź jaka nawiedziła Gdańsk przyczyniła się do problemów z wypłacalnością, a w konsekwencji do utraty firmy. Nadzór budowlany nakazał rozbiórkę budowli. Po odwołaniach, w 2008 roku zgodzono się na postawienie pensjonatu pod warunkiem dostarczenia pełnej dokumentacji projektowej. Uzupełniono dokumenty i wydano decyzję pozwalającą stworzyć w tym miejscu pensjonat. I wszystko mogłoby zakończyć się pomyślnie, gdyby nie to że tym razem władze wojewódzkie sprzeciwiły się budowie argumentując to brakami formalnymi w projekcie. Niestety w 2013 roku wydano zakaz jakichkolwiek prac budowlanych i taki jest status tej budowy. Tym sposobem rozpoczęta w
1983 roku budowa do dzisiaj pozostaje niedokończoną…

Byłam w tym miejscu dawno temu, ale na szczęście budowla istnieje do dziś. Niestety niszczeje, a mogło być tutaj pięknie przy odrobinie dobrej woli…

Zamek to teren budowy, zatem tak naprawdę wchodzi się tutaj na własną odpowiedzialność – jest tabliczka przy zamkowej bramie. Jednak nie brakuje chętnych, aby zajrzeć do tego słynnego miejsca.

To brama wejściowa do zamku.

A to zdjęcia budowli.

W tym miejscu miał być basen.

Warto tutaj wstąpić i zobaczyć to miejsce – mnie ono zachwyciło.

Z Sabang do El Nido na wyspie Palawan na Filipinach

Tagi

, , , , , , ,

Moją kolejną trasę zaczęłam zatem wynajętym samochodem z Sabang do
El Nido
– miejscowości, którą chciałam zobaczyć. Niestety jak widać z mojej podróży na przemieszczanie się zarówno pomiędzy wyspami jak i w ramach tej samej wyspy na Filipinach trzeba przeznaczyć trochę czasu. Czasem też warto zapłacić więcej, aby przemieścić się szybciej.
Kierowcą był nauczyciel dla którego początkowo był to zawód, którym dorabiał do pensji. Jednak od tego roku postanowił zająć się już tylko wożeniem turystów ponieważ jest to bardziej opłacalne. W tym celu kupił również nowy samochód i właśnie nim podróżowałam.

Po drodze kierowca zaproponował postój w Elfredo’s Restaurant. To strasznie komercyjne miejsce, gdzie zatrzymują się wycieczki. Jedzenie jest drogie i niesmaczne – nie polecam tego miejsca.

Za ten poniższy zestaw (ryż, fasolka, papryka z jajkiem i coca cola) zapłaciłam 240 pesos. Papryka z jajkiem była bardzo gorzka.

Dojechałam do El Nido. To mały kurort turystyczny ukryty w zatoce wśród wysokich, krasowych skał. W okolicy jest bardzo dużo małych wysp, które wchodzą w skład archipelagu Bacuit.
Do El Nido można również dojechać autobusem lub vanem z Puerto Princesa.

Kierowca odszukał mój hotel. Mieszkałam w Queen Elena Hotel. Pokoje były małe i wifi działało tylko przy recepcji (czasem nie działało i turyści co chwila pytali czemu znowu internet nie działa).

Następnie poszłam poszukać wycieczki – przyjechałam do tego miejsca, aby popływać łodzią po okolicznych małych wysepkach.

Po drodze spróbowałam poniższej przekąski z warzywami – polecam, bardzo dobra.

Miejsc, gdzie sprzedają te wycieczki po okolicznych wyspach (island hopping) jest bardzo dużo.

Są 4 opcje wycieczek: A,B,C,D. Najbardziej popularne to A i C. Ja skupiłam się na opcji A. Standardowo ta wycieczka kosztuje 1200 pesos od osoby, ponegocjowałam i zapłaciłam za nią 1000 pesos z podatkiem (nigdzie nie udało mi się dostać jej taniej). Przy zakupie Pani poinformowała mnie, że przewodnik zabierze mnie z hotelu o 8:40 rano następnego dnia. Wycieczka miała potrwać do 17:00. Kupując wycieczkę koniecznie należy zapytać czy to jest cena z podatkiem czy bez, aby potem nie być zdziwionym. Wycieczka powinna również zawierać w cenie lunch i maskę do snurkowania.

Chodząc po tym mieście kupiłam również torbę nieprzemakalną na rzeczy, które będę miała na łodzi. Ta torba na 20 litrów kosztowała 350 pesos. Kupiłam również pokrowiec na komórkę – był za 150 pesos, ale znegocjowałam na
100 pesos.

Poszłam dalej.

Minęłam Kościół Iglesia Ni Cristo.

Można tu spotkać porozwieszane banery dotyczące przejazdów czy wynajmu samochodów.

Wstąpiłam na miejscowy rynek. Jeżeli chodzi o wodę to 1,5 litra kosztuje
50 pesos, a butelka litrowa 30 pesos.

Natknęłam się również na salon fryzjerski 🙂

Następnie poszłam zobaczyć morze.

W końcu udałam się na poszukiwanie czegoś do jedzenia. Tym razem wybrałam restaurację Illy. Wzięłam pizzę za 350 pesos. Puszka sprite czy coca coli kosztowała tutaj 40 pesos.

A potem poszłam jeszcze przejść się plażą (zejście na plażę jest bardzo blisko tej restauracji). Wzdłuż brzegu wybudowano restauracje, hotele i bary. Jak widać miejsca te są ładnie oświetlone nocą.

Blisko mego noclegu była też poczta. Niestety okazało się, że nikt nie potrafi powiedzieć o której będzie czynna. Jednego dnia była czynna od 13:00 do 15:00 ponieważ padało. Poprosiłam zatem osobę, która sprzedawała mi bilet o wrzucenie kartek ze znaczkami do skrzynki i spełniła moją prośbę ponieważ kartki doszły po miesiącu.

Podziemna Rzeka w Sabang na Filipinach

Tagi

, , , , , , , ,

Znalazłam się w Sabang po to, aby zobaczyć jedną z największych atrakcji Palawanu czyli Podziemną Rzekę (Puerto Princesa Subterranean River National Park). To jeden z siedmiu nowych cudów natury z 2011 roku. Samą rzekę wpisano już w 1999 roku na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO.

Jadąc do tego miejsca nasłuchałam się różnych rzeczy co do rezerwacji wycieczki. Chciałam zatem, aby hotel mi ją zarezerwował i obiecał, że to zrobi. Niestety okazało się, że nie dokonał rezerwacji. Na miejscu, po przyjeździe kilka osób mówiło mi, że powinnam iść na 9:00 na przystań skąd odpływają łodzie płynące do Podziemnej Rzeki i tam kupić wycieczkę. Wydawało mi się, że 9:00 to za późno i miałam rację.

Rano, już o 7:00 wyszłam z domku i poszłam w stronę przystani. Idąc robiłam zdjęcia.

Na przystani byłam około 7:20 i jak się okazało była to bardzo dobra pora.

Załatwiłam formalności – najpierw wypełniłam dokumenty i kupiłam wstęp za 735 pesos. Potem kupiłam bilet na łódź – cena zależy od ilości osób. Wystarczy 6 osób i wtedy bilet kosztuje 188 pesos (1130 pesos za łódź). Maksymalnie może być 8 osób na łodzi, ale cena niewiele się już wtedy różni. W przypadku 8 osób bilet kosztuje 183 pesos (1465 pesos za łódź).

Ponieważ musiałam poczekać na 3 osoby, aby było 6 osób na łodzi to poszłam jeszcze po sok z mango. Kupiłam sam sok – bez wody czy lodu; duża porcja za 100 pesos. Był pyszny. Z takiego soku z mango słyną Filipiny.

Na przystani zobaczyłam też tablicę pokazującą alokację budżetu.

Potem wróciłam na nabrzeże i okazało się, że już jest komplet (6 osób) i możemy płynąć. Byłam zatem na pierwszej łodzi która wypłynęła już o 7:45 – warto być na pierwszej łodzi. Najpierw kazano nałożyć kamizelki po czym płynęłam z 20 minut łodzią.

Dopłynęłam do parku i musiałam zejść do wody i przejść na brzeg. Najlepiej zatem mieć klapki lub buty, w których można chodzić po wodzie.

Tutaj przeszłam kawałek po lądzie do stanowiska, gdzie dawano audio guide i pokazywano jego obsługę oraz wydawano kaski ochronne.

Następnie poszłam jeszcze z 300 metrów lądem do rzeki, gdzie czekały kajaki.

Wsiadłam i zaczęliśmy płynąć.

Jest to jedna z nielicznych podziemnych jaskiń na świecie, do których można wpłynąć. Długość rzeki to około 8 km co czyni ją najdłuższą podziemną rzeką na świecie. Trasa wycieczkowa sięga 1,5 km w głąb.  Na trasie jest jedna z największych komnat. Przewodnik opowiadał i pokazywał stalagmity w jaskini. Było tutaj mnóstwo nietoperzy, które pod wpływem zapalanego światła cały czas latały. Jak już pisałam byłam na pierwszej łodzi płynącej tego dnia do jaskini i gdy przewodnik zgasił światło to w tych ciemnościach słyszało się tylko te nietoperze i to robiło niesamowite wrażenie.

A to film z wnętrza i latające nietoperze.

 

Potem wróciłam na brzeg. Tu oddałam kask i audio guide. Wracałam tą samą drogą.

Aby dostać się na łódź też trzeba było najpierw wejść do wody, a następnie po drabince wejść do łodzi. Potem popłynęłam z powrotem na przystań do Sabang.

Całość tej wycieczki trwała do 9:15, zatem zajęła ona 1,5 godziny.

Na przystani jest łazienka i można się opłukać po tej podróży. Łazienka kosztuje „co łaska”.

Potem poszłam po bagaż, gdyż chciałam pojechać do El Nido. Miał jechać autobus o 10:00, ale zamiast niego podjechał jeepney załadowany po dach
(jak widać na zdjęciu). Kolejny autobus do El Nido miał odjechać dopiero
o 13:00 (czas przejazdu nim do El Nido to 5,5 godziny).

Zaczęłam szukać prywatnego auta. Podawano różne ceny. W tym poniższym punkcie przy przystani ponegocjowałam cenę samochodu i stanęło na
4000 pesos. W tym czasie okazało się, że będę miała dodatkową pasażerkę na pewien odcinek trasy – miejscowa kobieta poprosiła o podwiezienie ponieważ nie chciała czekać na autobus. Zapłaciła za swoją trasę 100 pesos. Zawsze warto zapytać czy ktoś się nie zabierze dodatkowo, aby zaoszczędzić na podróży.

Z Iloilo do miejscowości Sabang na wyspie Palawan

Tagi

, , , , , , ,

Z hotelu w Iloilo (wyspa Panay) pojechałam taksówką na lotnisko ponieważ miałam lot do Puerto Princesa na wyspie Palawan. Z kierowcą umówiłam się, że płacę tyle ile wskaże licznik + 50 pesos za wjazd na lotnisko.

Na liczniku wybiło 298 pesos. Kierowca jechał specjalnie wolno, ale gdy zwróciłam mu uwagę, że inne auta nas mijają i niebawem minie nas też rower to przyspieszył. Taka wolna jazda to standard wśród taksówkarzy w tym kraju. Natomiast na lotnisku okazało się, że 50 pesos owszem kosztuje wjazd na lotnisko, ale na 24h. Przed wejściem do budynku była bardzo duża kolejka i nim weszłam do środka minęło 25 minut – trwa to tak długo ponieważ każdy po przekroczeniu drzwi wejściowych musi położyć bagaż do sprawdzenia i przejść przez bramki.

Następnie poszłam oddać bagaż – tu też była kolejka. Miałam lecieć linią Cebu Pacific.

Na lotnisku można kupić lub doładować kartę SIM Smart – jest wydzielone stoisko.

Następnie chciałam coś zjeść. Lotnisko jest małe i przed bramkami jest tylko jedna restauracja, która podaje głównie dania mięsne. Kawa i grzanki z serem i pomidorem kosztują 200 pesos. Z kolei porcja samego ryżu kosztuje 30 pesos.

Następnie przeszłam przez kontrolę bezpieczeństwa. W tej części są miejsca gdzie można zjeść, kupić koszulki czy inne pamiątki. Można również naładować darmowo telefon.

Niestety okazało się, że lot będzie opóźniony i wylecę nie o 12:55 a o 14:40. Był moment, że obawiałam się czy samolot nie zostanie odwołany. Na szczęście samolot poleciał i lot trwał 1,5 godziny.

W samolocie, w pewnym momencie ogłosili, że mogę kupić w promocyjnej cenie bilet na van z Puerto Princesa do Sabang za 300 pesos. Skorzystałam z tej oferty. Mieli też konkurs z nagrodami dotyczący miejsc na Filipinach.

Tak z lotu ptaka wygląda katedra Immaculate Conception Cathedral (biały budynek) w Puerto Princesa.

A to lotnisko w Puerto Princesa.

Wychodząc z lotniska w Puerto Princesa zobaczyłam zespół, który śpiewał i tańczył jednak tak długo trwał odbiór bagaży, że zobaczyłam tylko końcówkę tego występu.

Następnie odszukałam van i tutaj okazało się, że znowu będę miała ciekawą wycieczkę. Najpierw kierowca po wyjeździe z lotniska po pewnym czasie do niego zawrócił po kolejnych pasażerów. Potem pojechał po innych pasażerów pod domy w Puerto Princesa. Co ciekawe jeden z obcokrajowców z vana zapomniał telefonu z domu w którym mieszkał, więc kierowca zawrócił po jego telefon. No a potem pojechałam do miejsca, gdzie zjeżdżają się vany i wymieniają pasażerami jadącymi w różne kierunki. I tutaj musiałam się przesiąść do innego vana. Myślałam, że już nie wyjadę z Puerto Princesa. To całe jeżdżenie po pasażerów zabrało prawie dwie godziny.
W vanie były wywieszone informacje odnośnie przejazdów do różnych miejscowości czy maksymalnej prędkości.

Dojechałam do Sabang już po 20:00. Tutaj znowu skomplikowała mi się sprawa ponieważ kierowca powiedział, że podwiezie mnie pod hotel i podwiózł, ale potem okazało się, że to nie ten hotel. Zawiózł mnie do Bambua zamiast do Blue Bamboo Cottages. Na szczęście z tego hotelu zaproponowano mi podwiezienie do miejsca, w którym miałam zarezerwowany nocleg. Przejażdżka trycyklem kosztowała 150 pesos.

A to co zobaczyłam w Blue Bamboo Cottages przeszło moje najśmielsze oczekiwania. Właściciel pokazał dwa domki i każdy z nich wyglądał kiepsko. Nie było bieżącej wody i od 23:00 nie było również prądu. Dobrze, że miałam
1,5 litrową butelkę własnej wody. Właściciel uprzedził również, abym nie trzymała jedzenia w pokoju bo przyjdzie do niego robactwo. Na szczęście mógł mi je przechować. Nie odważyłam się nic zjeść w tym miejscu. Ryż z warzywami kosztował 140 pesos.
To wnętrze mego domku.

A tak wyglądało pomieszczenie z prysznicem, gdzie nie było wody.

Zdecydowanie lepiej wyglądało to miejsce z samego rana. Ładny był również widok na morze.

Z wyspy Negros do Iloilo na wyspie Panay na Filipinach

Tagi

, , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , ,

Po zwiedzeniu ruin pałacu wróciłam do Bacolod, odebrałam bagaż i za 70 pesos dojechałam do terminalu promowego. Chciałam płynąć do Iloilo na wyspie Panay. To było moje miasto przesiadkowe w drodze na wyspę Palawan.

Były 3 klasy biletów na prom:
Economy Class – 270 pesos
Tourist Class – 335 pesos
First Class – 385 pesos

Nie było dostępnej już Economy Class i kupiłam Tourist Class za 335 pesos. Za bagaż tym razem nic nie musiałam płacić i sama wniosłam go na prom. Po kupieniu biletu poszłam do poczekalni i tam musiałam wpisać swoje dane do księgi – to chyba na wszelki wypadek, gdyby prom zatonął. Podczas oczekiwania na prom widziałam Pana, który testował na pasażerach pewien krem do rąk, a potem pytał czy chce go ktoś kupić. Sama go również testowałam.

W Iloilo miałam problem z transportem do hotelu. Hotel był oddalony o 7 km od terminalu promowego. W końcu znalazłam trycykle, który za 140 pesos zwiózł mnie do hotelu.

Dojechałam do PearLi View Hotel, gdzie miałam zarezerwowany nocleg.

A potem poszłam na miasto. Obok hotelu był bazar.

Minęłam sklepy i

z oddali zobaczyłam Dzwonnicę Jaro, która kilka razy była uszkadzana podczas trzęsień ziemi dlatego jej wnętrza są niedostępne dla turystów. Wyróżnia się, ponieważ jako jedna z niewielu dzwonnic w kraju oddzielona jest od kościoła. Leży tuż przy placu Jaro i wychodzi na katedrę w Jaro. Dzwonnica spełniała też funkcję wieży strażniczej oraz wieży zegarowej.

Po przeciwnej stronie znajdowała się katedra – Jaro Cathedral.

Na balkonie katedry umiejscowiono patronkę zachodnich Visayas (Nuestra Señora de la Purificación y Candelaria). Posąg został uznany za patronkę zachodnich Visayas przez papieża Jana Pawła II, który osobiście koronował ją na kanon 21 lutego 1981 roku podczas swojej pierwszej wizyty apostolskiej na Filipinach.

Potem poszłam do parku Jaro. Tutaj znajduje się również siłownia.

Następnie wstąpiłam do sklepu z ciasteczkami – Original Biscocho Haus (Don Aguedo Del Rosario Building, 33 Lopez Jaena St, Jaro, Iloilo City). Można tutaj kupić Biscocho – rodzaj opiekanych krakersów z masłem i cukrem.

Kolejnym miejscem była kawiarnia C U Tomorrow (71-69 Commission Civil St, Jaro, Iloilo City) tutaj spróbowałam sweet mango frappe – był bardzo smaczny.

A potem pojechałam jeepneyem do najbardziej popularnego placu w Iloilo – Plaza Libertad. Bilet kosztował 7 pesos.

Tutaj zobaczyłam lokomotywę parową o numerze 888 (nie jest to jej pierwotna nazwa), którą zbudowała American Locomotive Company (ALCO). Używano ich kiedyś do transportu trzciny cukrowej.

Znajduje się tu również kościół San Jose – trwały przy nim akurat prace budowlane.

Kolejnym budynkiem, który można tu zobaczyć jest Ratusz Iloilo.

Potem poszłam dalej w poszukiwaniu kolacji. Ten mały sklepik to McDonald’s.

Weszłam do Chowking. Tam kupiłam ryż z warzywami i coca colą – zapłaciłam za to 112 peso. Jedzenie było okropne i tylko go spróbowałam.

A tak wyglądał ryż z tofu.

Poszłam dalej…

W końcu znalazłam jeepneya, który za 7 pesos zawiózł mnie z powrotem do parku Jaro. Gdy wracałam zobaczyłam centrum handlowe do którego postanowiłam jeszcze pójść. Po drodze minęłam AVON i Wawa Heritage Restaurant.

A to już centrum handlowe – Robinsons Place Iloilo.

W tym centrum handlowym w Greenwich Pizza & Pasta postanowiłam kupić małą pizzę za 99 pesos – była naprawdę mała. Ponieważ to centrum jest otwarte do 21:00, a za chwilę mieli go zamykać to zapakowano mi ją ładnie w karton. Porównanie z telefonem oddaje rozmiar tej pizzy:) No ale na szczęście była bardzo smaczna i zabiła smak tego ostatniego okropnego posiłku.

W Iloilo tak naprawdę nic nie ma i jeżeli nie jest to miasto, w którym musisz się zatrzymać podczas podróży to nie warto tu specjalnie przyjeżdżać.

The Ruins czyli ruiny przepięknej rezydencji na wyspie Negros na Filipinach

Tagi

, , , , , ,

Wyspa Negros jest czwartą pod względem wielkości wyspą Filipin.

Czemu koniecznie chciałam odwiedzić Negros?

Otóż znajdują się tutaj ruiny pałacu, który chciałam zobaczyć. Ruiny te zostały uznane za jedne z 12 najbardziej fascynujących ruin świata. Miejsce to jest odwiedzane przez turystów, jednak aby je zobaczyć trzeba często zboczyć z trasy – nie każdy ma w planach pobyt na wyspie Negros, gdyż inne wyspy są bardziej popularne i oferują więcej atrakcji.

Rano, po szybkim śniadaniu (jogurt za 32 pesos, puszka soku za 33 pesos)

udałam się trycyklem za 200 pesos (w obie strony + czekanie) do Talisay ponieważ tam znajduje się wspomniany pałac. Można też pojechać jeepneyem, ale nie chciałam czekać ponieważ po zwiedzeniu pałacu miałam zamiar popłynąć już na kolejną wyspę. Bilet wstępu kosztował 100 pesos.

https://theruins.com.ph/

A teraz trochę o historii powstania tej rezydencji.

Don Mariano Ledesman Lacson był właścicielem 440-hektarowej plantacji trzciny cukrowej w okolicy Talisay City na wyspie Negros. Największą pasją tego człowieka były podróże i podczas jednej z takich podróży poznał swoją przyszłą żonę – Marię Braga (Portugalka z Macau). Żyli szczęśliwie i posiadali dużą rodzinę. Niestety, gdy Maria była w 11-stej ciąży poślizgnęła się w łazience i zaczęła krwawić. Ponieważ w takim stanie nie mogła podróżować to Don Mariano wysłał swojego pracownika po lekarza do Silay City – najbliższego miasta. Niestety lekarz przybył dopiero po czterech dniach i stwierdził zgon pacjentki. Takie były w tamtych czasach warunki transportowe, że dojazd do Silay City zajmował dwa dni w jedną stronę. Don Mariano najpierw bardzo mocno rozpaczał po stracie żony, potem jednak chcąc uhonorować zmarłą zdecydował się wybudować wspaniały pałac.
Niestety podczas II wojny światowej siły partyzanckie pod dowództwem amerykańskim zniszczyły tę rezydencję, aby powstrzymać okupujące siły japońskie przed wykorzystaniem jej jako kwatery głównej. Dlatego dzisiaj można podziwiać tylko gołe mury. Jednak to co zostało naprawdę warto zobaczyć.

Po wejściu, najpierw poszłam w lewo do pałacu, omijając część parkową znajdującą się po prawej stronie. Potem do niej wróciłam.

Weszłam po schodach i tak wygląda wnętrze.

Jest tutaj miejsce, w którym można obejrzeć film o rezydencji.

W środku jest też sklepik, w którym można kupić pamiątki.

Obok ruin znajduje się pawilon restauracyjny i kapliczka.

Potem wróciłam do parku, który znajduje się przy wejściu po prawej stronie.

 

 

 

Na mnie rezydencja zrobiła bardzo duże wrażenie i cieszę się, że mogłam ją zobaczyć. Żałuję tylko, że nie dane mi było podziwiać tego miejsca w czasach jego świetności…